Reklama

W pacyfikacji zamordowanych 17 osób. Opis wstrząsający

23/03/2020 17:26

- Moja rodzina zginęła w dniu 23 marca 1943 r. w czasie pacyfikacji przez Niemców wsi Wiewiórka w pow. Dębica. Ja pochodziłam z tej wsi. Zginęli wówczas moi rodzice - matka, ojciec - w sumie 12 osób, w tym dwie 12-letnie dziewczynki - mówiła Alinie Fitowej 8 listopada 1989 r. Teresa Wsołek z domu Skwira. Ostateczna liczba ofiar wyniosła jednak 17.

Teresa Wsołek urodziła się 28 września 1909 roku w Wiewiórce, była córką Wojciecha i Julii z domu Wałęga. Jej rodzice prowadzili prawie 20-hektarowe gospodarstwo rolne, które było podstawą utrzymania 11-osobowej rodziny. Najstarsza była córka Maria, później urodziły się bliźniaczki Teresa i Jadwiga w 1909 roku, czwartą z kolei była Józefa i znowu w 1913 roku bliźniaki Jan i Antonina, Andrzej urodził się w 1918 roku, Władysława w 1920 i najmłodszy Kazik w 1923 roku. Opowiada o rodzinie Krystyna Chudy, siostrzenica Teresy.

Ojciec wywodzący się z Nagoszyna, wyjeżdżał dwukrotnie do Ameryki, dowiadujemy się z opracowania Marii Biernackiej. Dzięki temu mógł kupić gospodarstwo. Matka pochodziła ze wsi Dąbie w pow. tarnowskim. Oboje byli światłymi ludźmi, dbającymi zarówno o gospodarstwo, jak i wychowanie swych dzieci. Ojciec działał również społecznie należąc do Polskiego Stronnictwa Ludowego "Piast".

Reklama

W czasie II wojny światowej ich dom był ostoją konspiracyjnego ruchu ludowego. Przewijało się przez niego wielu konspiratorów, utrzymywali kontakt z Krakowem, pomagali w ucieczce jeńców radzieckich z pobliskiego obozu. Dowiadujemy się z opracowania Krystyny Wójtowicz.

23 marca 1943 r. Niemcy dokonali pacyfikacji Wiewiórki, która miała być karą za ukrywanie Żydów. Zginęli wówczas członkowie rodzin Skwirów, Wałęgów oraz małżeństwo Grzybów. Akcją kierował gestapowiec Juliusz Garbler, a uczestniczyli w niej także funkcjonariusze Bahnschutzpolizei z Dębicy. Pośród ofiar byli też Żydzi.

Reklama

Tak tragedię rodziny Skwirów relacjonuje Krystyna Chudy:

Około 3 godziny nad ranem 23 marca 3 ciężarowe samochody wypełnione uzbrojonymi po zęby hitlerowcami otoczyły dom rodzinny w Wiewiórce, w którym spała rodzina. Hitlerowcy wtargnęli do domu, kazali ojcu Wojciechowi Skwirze pokazać, gdzie śpią synowie, do pokoju synów wchodziło się osobno od podwórza. Poszli tam, na progu zastrzelili ojca, a następnie brata Kazika i przyjaciela rodziny Piotra Wawrzonka. Bracia Andrzej i Jan jakimś cudem uciekli na strych.

Hitlerowcy wrócili z powrotem do mieszkania gdzie widzieli wcześniej leżące na łóżku matkę Julię Skwira i siostrzenicę 11-letnią Marię Dumanowska i siostrę Władysławę. Z zimną krwią zastrzelili matkę i tulącą się do niej wnuczkę. Siostra Antonina wyskoczyła przez okno krzycząc uciekajcie, chciała ostrzec braci, ale została zastrzelona serią z karabinu maszynowego.

Siostra Władysława kierowana nieziemskim instynktem ukryła się pod łóżkiem, na którym leżała matka z wnuczką, przylgnęła do ściany, wstrzymała oddech i chyba serce przestało na chwilę bić, kiedy hitlerowcy lampką świecili pod łóżko prosto w jej oczy z pistoletem gotowym do strzału. To, że jej nie zauważyli, to prawdziwy cud.

Na podwórzu seria z karabinu pozbawiła życia Jana Radzickiego - sierotę, którego rodzina przygarnęła pod swój dom. Dom został kilkakrotnie ostrzelany, a później podpalony. Kiedy hitlerowcy uznali, że już tam nikt nie został żywy, odjechali do mieszkającej w sąsiedztwie rodziny Wałęgów (brata Julii Skwira). W domu Wałęgów seriami z automatów gestapowcy zastrzelili pięcioro domowników.

Kiedy hitlerowcy odjechali od płonących zabudować rodziców, wtedy z dymem wyskoczyli w bieliźnie ze strychu bracia Andrzej i Jan, wskoczyli na wypuszczone przez Niemców konie i odjechali do sąsiedniego Nagoszyna. Kiedy dom płonął siostra Władysław dusząc się przeszła do kuchni, moczyła sukienkę w wodzie i zakładała na włosy, żeby się nie zaczęły palić. Już mocno poparzona i poraniona odłamkami opuściła dom i boso uciekła do sąsiedniej wsi Mokre. Dla trójki ocalałego rodzeństwa została tylko tułaczka. Tak zmasowany atak na wiejskie zabudowania świadczył, że zbrodniarze spodziewali się w tym domu zbrojnego oporu.

Z rodziny Wałęgów zginęli: Wojciech, Anna, Władysław, Stanisława, Władysława. Po spaleniu ich gospodarstwa Niemcy przyszli do Grzybów. Wyprowadzili Jana i Jadwigę, ale za chwilę jeden z Niemców ponownie wszedł z kobietą do domu i tam ją zastrzelił. Jan został rozstrzelany na podwórzu.

Materiały na podstawie, których powstał ten artykuł, pochodzą z archiwów Fundacja Generał Elżbiety Zawackiej i Międzynarodowego Centrum Informacyjnego Pamięć i Tożsamość.

Reklama

Czytaj też:  Z 204 domów zostało zaledwie 36

 

Aplikacja na Androida

Reklama


Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama