Zostało jeszcze pół godziny do świtu, gdy Niemcy uderzyli od strony drogi Południk – Braciejowa na pozycje kompanii Ładunek, dowodzonej przez Franciszka Szarę (Pęk), pluton Artura Cwena (Ren) i oddział radziecki kapitana Kalinina. Gdy wzeszło słońce, obrońcom zaczęło brakować amunicji, musieli odpierać ataki, oszczędnie korzystając z broni. Tak rozpoczęła się bitwa, największe starcie partyzantów z wojskami niemieckimi w czasie całej wojny w obwodzie dębickim.
Partyzanci dowodzeni przez majora Adama Lazarowicza nie koncentrowali swoich sił na polanie Kałużówka po to, by stoczyć tam bitwę z Niemcami. Ich celem była walka na tyłach wroga i prowadzenie akcji dywersyjnych w oczekiwaniu na zajęcie tych terenów przez Armię Radziecką. Sytuacja w obozie była coraz trudniejsza, brakowało żywności, nawet chleba. Nie było warunków do dbania o higienę, żołnierze walczyli z wszami.
Wieczorem 22 sierpnia większość dowódców opowiedziała się za przedarciem się na stronę radziecką. Początkowo major Lazarowicz zgodził się na taki krok, ale zmienił zdanie, gdy polanę ostrzelała, podobno przypadkowo, artyleria radziecka. Uznał wtedy, że lepiej rozwiązać zgrupowanie i rozbroić oddziały po stronie niemieckiej i pojedynczo wydostać się z lasu. Ale planu tego nie udało się zrealizować. Dzień później Niemcy zaatakowali.
Przez całą środę 23 sierpnia bombardowali polanę, przeprowadzili tylko jedno krótkie natarcie rozpoznawcze. Jeszcze nocą na pozycję partyzantów co chwilę spadały pociski artyleryjskie. Było to przygotowanie do ataku.
Kruk biegnie ostatni…
Od piątej przez cztery godziny trwa ciągła walka; Niemcy w tym czasie nie zdobywają ani centymetra z pozycji obrońców. Ale wtedy do wycofania się zmuszone są oddziały radzieckie, broniące pozycji na prawym skrzydle kompanii Pęka. Zmuszone, bo nie mają już czym strzelać.
Zaraz potem przesuwa się cała linia obrony, by przez wyłom pozostawiony przez Rosjan Szara i jego ludzie nie zostali okrążeni. Druga linia obrony urządzona zostaje m.in. na pozycjach saperów ppor. Zbigniewa Chodackiego (Migdał). To niewielki, siedmioosobowy oddział, którego zadaniem na polanie jest osłona dowództwa. Teraz znaleźli się na pierwszej linii walki.
Niemcy nie dają na siebie długo czekać. O tyle mieli łatwiej, że atakowali z lasu, spod osłony drzew. Ale nie byli w stanie pokonać oporu Polaków, wymiana ognia trwa kolejne, długie godziny. Wreszcie, gdy także ludziom Szary, Chodackiego i Cwena skończyła się amunicja, i oni musieli się wycofać jeszcze bliżej centrum polany i wzgórza 426. Jako ostatni pozycje opuszczają saperzy Migdała.
Tak opisywał ten fragment walki Władysław Strumski w Wojennych losach uczniów:
„Trzeba odskakiwać, bo za chwilę może być za późno. Wyrzucają ostatnie granaty. Słychać przeraźliwe wrzaski i jęki rannych. Mały oddziałek dosłownie rzuca się do ucieczki. Przebiegają kilkanaście kroków. Padają i znowu biegną. (…) Kruk biegnie ostatni. W pewnej chwili czuje potężne uderzenie w ramię i ból piekący ogniem. Chwyta się za bolące miejsce i czuje pod palcami spływającą gorącą ciecz. Krew. Jest ranny. Biegnący obok kolega widzi to również. Spieszy mu z pomocą. Obejmuje go, prowadzi. Pozostali towarzysze wstrzymują się, osłaniają Kruka i jego opiekuna ogniem.”
Grupka zbliża się do stanowiska bojówki dyspozycyjnej, dowodzonej przez Władysława Strumskiego (Brutus). Po latach wspominał:
„Ocalenie prawie pewne, ale na ostatnich metrach podchorąży Kruk dostaje drugą kulę, tym razem w nogę. Pada na ziemię. Doczołguje się przy pomocy przyjaciół do stanowiska karabinu maszynowego kaprala Visa. Migdał wzywa sanitariusza, ale Niemcy są już niebezpiecznie blisko. Nie czas myśleć o rannych i krwi uchodzącej z ran, lecz o odparciu wroga. Dzielny partyzant przemaga ból, unosi się trochę nad ziemią, oddaje strzał i w tym momencie wraża kula trafia go w głowę, pozbawiając życia.”
Kruk to 20-letni kpr. pchor. Józef Głowacki z Pustyni, walczący w plutonie saperów.
Tymczasem przy grobie mjra Józefa Lutaka (Dyzma) Franciszek Szara (Pęk) wydaje rozkazy, ustala nowe stanowiska obrony.
„Wyparli nas. Chłopcy bili się wspaniale, ale oni mieli taką przewagę. Najgorsze są granatniki, mają ich kilka“ – zanotował jego słowa Władysław Strumski w dokumentalnej opowieści Dziesiątka w akcji.
Mściwy poległ na miejscu
W dole w jarze walczą jeszcze ludzie Pęka. Ostatni wycofują się stamtąd Artur Cwen i strz. Franciszek Zawiślak. Zwłaszcza ten pierwszy wyróżnia się w walce. Choć nieoczekiwanie spadła na niego rola dowódcy plutonu, z zadania tego wywiązuje się wyśmienicie – do końca ubezpiecza kompanię Pęka na lewej flance.
Natarcie niemieckie wciąż prowadzone jest od południowego-zachodu. Późnym popołudniem Niemcy weszli na samą polanę, stanowiącą odkryty płaskowyż przed wzgórzem 426, zalesionym i położonym dalej na wschód. Tu dzięki naturalnej zasłonie drzew partyzanci mogli organizować kolejne linie obrony, nie oddając łatwo ani metra ziemi.
Jednak nie bez ofiar. Ginie strz. Józef Jaje (Wierzbina) z Gumnisk, który pozycje niemieckie ostrzeliwał ze stanowiska bez osłony. Zastrzelił go kryjący się za drzewem żołnierz Wehrmachtu. Tę sytuację zauważył inny z partyzantów. Nie mógł już pomóc Wierzbinie, ale pomścił go, zabijając pojedynczym strzałem niemieckiego snajpera.
Także strz. Tadeusz Ciszek (Jahura) i strz. Stanisław Bąk (Mściwy) popełniają, zdaniem Antoniego Stańko (Gdzie Karpat progi) podobny błąd. Obsługują karabin maszynowy i podobnie jak Wierzbina zajęli pozycję na odkrytej przestrzeni. A może to nie błąd, może w ferworze walki wycofując się musieli odpowiedzieć ogniem. Zresztą w zamęcie bitwy, gdy ciągle trzeba zmieniać pozycję pod naporem wroga, nie zawsze możliwe było znalezienie osłoniętego stanowiska strzeleckiego. Jedno jest pewne, Niemcy mieli obu jak na dłoni. Mściwy poległ na miejscu, Jahura został ciężko ranny. Zanim stracił przytomność, zdążył jeszcze doczołgać się do tyłu na pozycje plutonu bojowego Brutusa. Napastnicy zdobyli karabin Mściwego i Jahury.
„Nasza pierwsza linia to mieszanina ludzi z różnych oddziałów: od Pęka, z drużyny dyspozycyjnej, od Jasnego, saperzy, łączność, mój pluton. Zobaczyłem por. Farysa (Jerzy Woś) z obandażowaną ręką, strzelającego seriami ze stena. Byli ranni i zabici. W pobliżu grobu Dyzmy leżał z opaską na ramieniu zabity Wierzbina, 50 metrów dalej dwóch żołnierzy kopało groby dla Krakusa i Portosa, a pomiędzy wszystkimi uwijał się nasz kapelan, ksiądz Mieczyk z krzyżem i pistoletem oraz torbą sanitarną“ – opisuje ten fragment walki Zbigniew Lazarowicz we wspomnieniach zatytułowanych Klamra, mój ojciec.
Portos to 21-letni kpr. pchor. Czesław Mielczarek, Krakus to 18-letni Stanisław Garbacz. Obaj zginęli dzień wcześniej, ranieni odłamkami niemieckiej artylerii.
Mieczyk nie zna trwogi
Ewakuować musi się punkt sanitarny. Sytuacja jest w nim nie mniej dramatyczna niż w walce. Rannych przybywa, także tych ciężko, a lekarz jest jeden – Kazimierz Gradziński (Helios).
Pomagają sanitariuszki, ale niewiele mogą zrobić, jedynie opatrzyć rany. Brakuje leków, o zabiegach chirurgicznych w takich warunkach nie ma mowy.
Wśród rannych uwija się ks. Stanisław Bartosz (Mieczyk).
„Udziela sakramentów, żegna, błogosławi, zamyka zmarłym oczy i już doskakuje do następnego. Jest wzorem kapłana, ale i żołnierza nie znającego trwogi“ – taki obraz kapłana przetrwa w pamięci Brutusa (Dziesiątka w akcji).
Ciężko ranny opatrzony zostaje kpr. Roman Pietrucha (Mostek). Czy to w amoku, czy chcąc odpocząć, odchodzi do lasu, gdzie traci przytomność. A być może wskutek ran nie mógł się poruszać. Zginie następnego dnia, gdy Niemcy będą przeczesywali teren. Dobiją go granatem wraz z dwoma innymi rannymi kolegami.
Zodiak poderwał się pierwszy
Słońce kryje się za drzewami tuż po godz. 18. Ale walka nie ustaje. Niemcy czują, że opór partyzantów słabnie, domyślają się, że Polakom kończy się amunicja. Są coraz bliżsi zajęcia linii oporu partyzantów, atakują z impetem.
W walce w obronie wzgórza 426 ginie 25-letni Józef Nykiel (Łuska) z Braciejowej. Kula niemiecka sięga także śmiertelnie 22-letniego Andrzeja Pasierba (Jabłko) z Grabin, kaprala placówki Korzeniów. Ginie nieznany partyzant o pseudonimie Sokół oraz kolejny, o nazwisku Wójcik, 20-letni kapral podchorąży placówki Dębica (imię i pseudonim nieznane),.
Dwukrotnie ranny zostaje Edmund Pasiecznik; zginie kilka dni później, ukrywając się w lesie; pośmiertnie awansowany do stopnia podporucznika. Ginie Mieczysław Grych, strzelec plutonu Gumniska.
Gdy Niemcy są w odległości 50 metrów od wzgórza 426, swoich ludzi nagłym wezwaniem do ataku podrywa major Lazarowicz.
„Hurra! – rozlega się najpierw jego pojedynczy głos, a potem taka sama odpowiedź z setek gardeł“ (Władysław Strumski, Dziesiątka w akcji).
Za chwilę ciężko raniony zostaje kpr. pchor. Tadeusz Kemmer (Zodiak). Strumski w Wojennych losach zanotował:
„Gdy padł rozkaz do przeciwnatarcia ruszył jako jeden z pierwszych. Niestety, zdołał przebiec tylko kilka kroków, gdy otrzymał postrzał w brzuch i osunął na ziemię. Rana była ciężka i niebezpieczna. Opatrzono ją jeszcze pod ogniem nieprzyjaciela.“
Zodiak już nie odzyska przytomności, umrze kilka dni później w lesie, na rękach brata Kazimierza Kemmera (Halny).
W walce żołnierze polscy odpowiadają wzmożonym ogniem. Z boku pojawia się ks. Bartosz z krzyżem w ręku, co mobilizuje widzących ten gest partyzantów. Opór nie słabnie, przeciwnie, staje się coraz silniejszy. Niemcy są zaskoczeni. Za chwilę ranny zostaje Klamra, kula trafia go w bark, ale natarcie niemieckie załamuje się. Wróg już wie, że znajdujących się pod osłoną ciemności Polaków tej nocy nie pokona. Zabiera zabitych i wycofuje się z pola bitwy. Jest po godz. 19:30.
Waleczne siostry Łopuskie
Mjr Adam Lazarowicz wie, że gdy rano Niemcy uderzą, jego oddziały długo nie będą w stanie się bronić. Zbyt wielu było rannych, amunicji zostało bardzo mało, żywności wcale, a ostatni, skromny posiłek partyzanci dostali dzień wcześniej.
„Przeżywał straszne chwile. Zmieniał decyzje. Jego doradcy gdzieś się pogubili. Tylko jego młody syn Zbyszek chodził za ojcem krok w krok, by tu i ówdzie coś przekazać“ – pisał Wojciech Wójcik w wojennych wspomnieniach Zapach dymu.
Wreszcie Klamra postanowił, że wszyscy wycofają się pod osłoną nocy na wschód, w lasy Głobikowej. Najpierw rozwiązuje jednak pluton Gumniska. Składał się on z mieszkańców Gumnisk i Braciejowej, doskonale znających las. W razie wpadnięcia na patrol niemiecki mogli się tłumaczyć, że mieszkają w okolicy i wracają do domu. Dostali rozkaz, by z lasu wychodzili pojedynczo.
Na polanie przebywa jednak ciągle ok. 400 ludzi, w tym wielu rannych. Potrzebne są nosze dla tych, którzy nie mogą się poruszać o własnych siłach. Zdrowi robią je z gałęzi. Ktoś sobie przypomina, że w ocalałej stodole Niedzielów zgromadzone są zapasy koców. Idą po nie Artur Cwen i Władysław Strumski, ale gdy tylko wychylają się zza drzew, zostają ostrzelani.
Wtedy 15-letnie siostry bliźniaczki: Barbara Łopuska (Żbik) i Krystyna Łopuska (Wyga) nie pytają o zgodę, bo wiedzą, że jej nie otrzymają. Idą do stodoły drogą od zachodu.
„Za daleko, żeby można było im przeszkodzić i serca w nas zamarły, gdy z sekundy na sekundę oczekiwaliśmy wycia granatów albo serii karabinów maszynowych. Dziewczynki jednak biegły, a strzały nie padały. Może Niemcy ich nie zauważyli, bo ich ruchy zakrywał las. A może je widzieli, ale nie strzelali, bo w ich zbójeckich sercach tliła się jeszcze resztka ludzkich uczuć?“ – zanotował Władysław Strumski (Dziesiątka w akcji).
Raczej to pierwsze, bo gdy za chwilę do stodoły z pomocą siostrom pobiegli 18-letni Jerzy Bocheński (Gwizd) i Józef Ciurkot (Mściciel), strzały także nie padły. Cała czwórka wróciła z kocami i naczyniami liturgicznymi ks. Bartosza. Obie łączniczki: Żbik i Wyga, w czasie walki zaangażowane w punkcie sanitarnym, za swój czyn otrzymały Krzyże Walecznych.
Jak najdalej od polany
Major Lazarowicz dzieli ludzi na dwie grupy. Pierwszą dowodzi ppor. Wojciech Wójcik (Dworzan). Ma się udać na wschód i tam przed linią frontu przejść przez drogę Braciejowa – Południk. Ponieważ front był blisko, a noc wyjątkowo ciemna, Dworzan boi się, że wejdzie na linię frontu, dlatego decyduje o przenocowaniu w gęstych zaroślach, aż zrobi się jaśniej.
Drugą grupą dowodzi sam Klamra, oprócz dowódców zgrupowania i oddziału dyspozycyjnego, zostaje w niej 23 ciężej rannych żołnierzy. I oni czekają w pewnym oddaleniu od polany, aż się rozjaśni. Cel mają ten sam, przejście drogi Braciejowa – Południk; to warunek niezbędny, by wyrwać się z potrzasku. Dokonali tego nad ranem.
Ryszard Pajura
Na podstawie:
Zbigniew Lazarowicz, Klamra – mój ojciec, Wrocław 2009,
Antoni Stańko, Gdzie Karpat progi… Armia Krajowa w powiecie dębickim, Warszawa 1984,
Władysław Strumski, Dziesiątka w akcji, Dębica 2004,
Władysław Strumski, Wojenne losy uczniów, Tarnów – Dębica 1990;
Wojciech Wójcik, Zapach dymu. Wspomnienia Dworzana, Dębica 1992,