Reklama

W domu, w którym ukrywali Żydów, mieszkali też Niemcy

29/01/2020 15:38

Przygotował Żydom kryjówkę w piwnicy pod oborą. Zamurował drzwi i wybił dziurę, przez którą można się było dostać do spiżarni, a stamtąd przejść do mieszkania. Piotr Węglowski z żoną Marią w czasie II wojny światowej ukrywali w Zawadzie Żydów. Stało się to jeszcze bardziej ryzykowne, gdy do ich gospodarstwa wprowadzili się Niemcy. Za ratowanie życia małżonkowie z Zawady otrzymali medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

- Ten medal jest przypieczętowaniem tamtych wydarzeń. Najbardziej się wzruszyłam, gdy dotarła do mnie wiadomość, że rodzicie zostali odznaczeni. Wtedy pomyślałam - wreszcie! Szkoda tylko, że już nie żyją - mówi Zofia Węglowska, córka Marii i Piotra Węglowskich.
To ona podczas uroczystości w Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów w Markowej, przy udziale ambasador Izraela w Polsce, uhonorowana została tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
15 lat temu syn ocalałych - Meir Bartow - napisał do Yad Vashem: - Nie znajduję słów, by wyrazić swoją wdzięczność dla odwagi i poświęcenia państwa Węglowskich, którzy uratowali moich rodziców. Ryzykowali nie tylko swoim życiem, ale również życiem swojej 4-letniej córki Barbary.

Znali się od lat
Nechama, zwana Neszką, i Szlomo Taubowie mieszkali w Dębicy. Jeszcze przed wojną poznali Marię i Piotra Węglowskich, którzy w Zawadzie prowadzili gospodarstwo.  Mieli młyn i magazyn na artykuły rolne. Obie rodziny łączyły interesy. Handlowali ze sobą m.in. zbożem.
Węglowscy zaproponowali Taubom schronienie, jeszcze zanim zagrożone zostało ich życie. Gdy w 1942 roku ci pierwsi zostali przesiedleni do getta w Dębicy, w porę udało im się stamtąd uciec. Do Zawady przyszli w czwórkę, z matką i siostrą Neszki.
Maria i Piotr przyjęli ich, mimo że sami mieli nieduży dom podzielony na część gospodarczą i mieszkalną. Ich córka Barbara Węglowska przypomina sobie wieczór, w którym do nich dotarli.
- Nagle na podwórku zrobił się jakiś ruch, słychać było szczekanie psa. Wyszedł tato, po jakimś czasie wrócił, i gdy mama spytała go, kto to był, odpowiedział, że nikt - wspomina Barbara Węglowska.
Kryjówka była ciasna, na dodatek nie było wentylacji i ukrywającym się Żydom brakowało powietrza. Matka i siostra Neszki zmuszone były przenieść się w inne miejsce, do Brzeźnicy.
- Zanim poszli, mama powiedziała Neszce, że jeśli mają coś złota, żeby przekazali bliskim na drogę, a oni tutaj będą przechowywani bezinteresownie - wspomina Zofia Węglowska.

Reklama

Wynosiła z domu naleśniki
Ostatecznie u Węglowskich zostali Neszka i Szlomo. Całe dnie spędzali w piwnicy i tylko wieczorami wchodzili do mieszkania albo ogrodu. Właściciele domu zdawali sobie sprawę z ciągłego zagrożenia, w razie donosu czy przypadkowej rewizji. Dlatego co jakiś czas oddawali swoją córkę Basię na wychowanie do rodziny. Opiekowała się nią siostra Marii. Węglowscy liczyli tym samym na to, że w razie niebezpieczeństwa przeżyje przynajmniej ona.
Barbara Węglowska przypomina sobie pewne epizody, które dopiero po latach skojarzyła z pobytem Żydów.
- Mama wynosiła czasem z domu naleśniki, co mnie ciekawiło, dlatego wypytywałam ją, dokąd z nimi idzie. Męczyłam ją strasznie, ale mi nie powiedziała - śmieje się Barbara Węglowska.
Na każdym kroku kobieta musiała dbać o to, by nie popełnić jakiegoś błędu, który mógłby kosztować życie wszystkich mieszkańców. Węglowscy zawsze na czas starali się oddawać kontyngenty, by ustrzec się rewizji. Dbali o każdy szczegół.
- Mama nosiła nawet te same sukienki co Neszka, by później, na sznurku z praniem nie wisiały takie, w których nie chodzi, bo to mogłoby wzbudzić podejrzenie sąsiadów - opowiada Zofia Węglowska.

Pod jednym dachem z Niemcami
 Sytuacja stała się jeszcze bardziej napięta na początku 1944 roku, kiedy w mieszkaniu zostali zakwaterowani dwaj niemieccy żołnierze. Obaj pracowali w warsztatach majątku hrabiego Edwarda Raczyńskiego. Byli to inwalidzi wojenni, którzy pełnili pomocnicze funkcje na tyłach frontu.
Odtąd w jednym gospodarstwie mieszkało siedem osób: Maria i Piotr Węglowscy, Genowefa Kosydar - pomocnica domowa, Neszka i Szlomo Taubowie i dwóch Niemców. Taka sytuacja trwała pół roku.
- To były straszne dla rodziców czasy - zauważa Zofia Węglowska.
Towarzyszył im nieustanny strach, bo w każdej chwili mogło wyjść na jaw, że ukrywają się tutaj Żydzi. Później okazało się, że nie będzie tak źle. Gdy podczas świąt wielkanocnych Węglowscy zaprosili ich do wspólnego stołu, wzruszyli się tak, że zaczęli płakać.
- Starszy z Niemców bardzo się do rodziców przywiązał, tęsknił też za swoją rodziną - wspomina Zofia Węglowska.
Doszło nawet do tego, że czasem pomagał w gospodarstwie, w podzięce za co właściciele częstowali go swoim jedzeniem.
- To mu odpowiadało, bo miał problemy z żołądkiem i na konserwach niemieckich nie mógł już po prostu egzystować - stwierdza mieszkanka Zawady.
Czasem się nimi dzielił. Zdarzało się, że gdy Węglowscy wygospodarowali trochę żywności, wysyłał ją do swojej żony na zachód. Gospodarze przypuszczali, że Niemiec może się czegoś domyślać, że pod tym samym dachem są jeszcze inni lokatorzy, ale nigdy nie mówił o żadnych podejrzeniach. Zdarzało się natomiast, że wyrażał swoją opinię na temat tego, co sądzi o wodzu swojego kraju.
- Przychodził do domu, porozglądał się, i jak nikogo nie było brał swoją czapkę żołnierką, rzucał nią o podłogę i mówił: świnia Hitler! - opowiada Zofia Węglowska.
Do samego końca w żaden sposób im nie zaszkodził. Prawdopodobnie nie doczekał końca wojny.

Reklama

Zostali w zamurowanej piwnicy
W sierpniu 1944 roku, kiedy Zawada znalazła się w strefie przyfrontowej, mieszkańcy wsi zostali wysiedleni. Maria i Piotr Węglowscy razem z Genowefą Kosydar zmuszeni byli opuścić dom i zostawić żydowskich przyjaciół.
- Na spakowanie dobytku łącznie ze zwierzętami mieli 20 minut. I jeszcze w tym czasie Maria przekazała Szlomo i Neszce informację, że zostają sami i od tej chwili muszą radzić sobie sami – zaznacza Zofia Węglowska.
Szlomo obawiając się pacyfikacji rozbił w nocy zamurowane drzwi i uciekł z żoną. Musiał ją nieść na swoich plecach, bo miała chore nogi. Udali się w kierunku Rzeszowa. Gdy front się cofnął, wrócili do Dębicy i w 1945 roku wyjechali do Izraela. Mieli dwoje dzieci. Ich rodziny niestety nie przeżyły wojny.

Rozmyślają po latach
Barbara i Zofia Węglowskie zastanawiają się dziś czasem, czy byłoby je stać na heroiczny czyn, którego dokonali ich rodzice.
- Doszłam do wniosku, że chyba jednak nie - kończy Pani Barbara.

Reklama


Artykuł ukazał się w Obserwatorze Lokalnym w 2016 roku.

Aplikacja na Androida

Reklama


Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama