- Chyba trzeba będzie puścić totka - mówi Tomasz Duma, właściciel pola, na którym lądowała płonąca awionetka.
Ma na myśli fakt, że takie rzeczy się nie zdarzają. I dodaje, że gdyby płonąca awionetka spadła na pole zboża, pożar rozprzestrzeniłby się od razu.
Do zdarzenia doszło dzisiaj o 11:45 w Straszęcinie, niedaleko mostu na Wisłoce. Strażacy z OSP KSRG Straszęcin i z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 2 w Dębicy dopiero co skończyli dogaszanie spalonego samolotu. W akcji ratowniczej uczestniczyło w sumie 14 strażaków, na miejscu była także policja.
Na ten moment wiadomo, że w samolocie, lecącym z Rzeszowa do Krakowa były dwie osoby: młody pilot i jego babcia. Dym zauważyli, kiedy maszyna była w powietrzu. Decyzja o przymusowym awaryjnym lądowaniu zapadła od razu. Udało się posadzić awionetkę na środku 12-hektarowego pola kukurydzy w Straszęcinie. 19-letni pilot i 74-letnia pasażerka samodzielnie opuścili pojazd.
- Nic nam się nie stało - mówi starsza pani.
Wrak leży głęboko w polu kukurydzy, w drodze jest komisja do spraw wypadków lotniczych, która na miejscu zabezpieczy ślady. To pozwoli na ustalenie szczegółów i przebiegu zdarzenia.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze