Reklama

Rzeź galicyjska - 19 lutego 1846 r. - masakra trwa

19/02/2020 13:21

Po zamordowaniu Onufrego Wolskiego i jego żony chłopskie hordy ruszyły 19 lutego na kolejne dwory. Opis wydarzeń w oryginalnej pisowni pochodzi z książki Antoniego Tessarczyka pt. Rzeź Galicyjska 1846 r., czyli szczegółowy opis dokonanych morderstw, rozbojów i łupieztw, wraz z ważniejszemi wypadkami, jakie tym okropnym scenom towarzyszyły w związku z intrygami biórokracyi.

PRZYBORÓW
Opis morderstwa dokonanego na hr. Dominiku Reju,
w mieście Dembicy, w obwodzie Tarnowskim.

Gdy tłumy chłopów ze wszystkich stron coraz bardziej się gromadziły, i tu i owdzie już sceny okrucieństw i dzikości słyszeć się dały, hr. Rej przewidując naprzód nieszczęście, zaczął sprawdzać własne swoje przeczucia, uważał po tych groźnych przepowiedniach okropną burzę, chciał przed jej gromem unieść swoje życie, a przynajmniej zabezpieczyć dzieci i żonę.

Dlatego też postanowił opuścić mieszkanie w Przyborowie, jako pozbawione wszelkiej obrony i w rzeczy samej 19 lutego, t.j. w dzień piątkowy przed ostatkami, z całą swoją familią wyjechał.

Reklama

Już w gminie Latoszyn, pół mili odległej, miał hrabia silną utarczkę z uzbrojonymi chłopami, którzy w liczbie około trzystu na niego napadli. W tym natarciu poległ jego wierny guwerner dzieci, rodem francuz; lud wściekły nic nie oszczędzając wydarł mu je i jako zakładników do karczmy wiejskiej uprowadził, wszystkie zaś pakunki rozrzucił, zrabował i zniszczył.

Cudem prawie udało się Rejowi przez tłuszczę tę przedrzeć. Przybył nareszcie z niebezpieczeństwem życia własnego i swojej małżonki do miasta Dembicy, gdzie chciał wziąć konie pocztowe i dalej jechać. Ale miłość do dzieci przemaga w sercu obojga. To było powodem, że spieszniej nie wyjechali.

Reklama

Wtedy tłum chłopów z widłami i cepami napada na niego, wywłóczy go z pojazdu i tak okrutnie morduje, dopóki, jak się zdawało, nie oddał ducha. Szlachetna małżonka rzuciła się na ciało męża, chcąc jego życie ocalić, ale na próżno niosła swoje w ofierze.

Porwano ją omdlałą a męża jej ta dzika horda, jako ofiarę swoją na śmierć przeznaczyła, uważany za umarłego zaniesionym został przez obywateli miejscowych do domu urzędowego, hrabina zaś ratowała się ucieczką do oberży Langera.

Złożywszy porąbanego w wspomnionym domu, jeszcze znaki życia postrzeżono. Posłano więc śpiesznie po lekarza, a ten zdołał go przez swoje starania do życia przywołać.

Reklama

Ale inaczej w księdze losów ludzkich zapisanem było! Obiega pogłoska, która aż zgrozą przejmuje i o zemstę woła, że ten sam lekarz, który tak wiele dobrodziejstw od hrabiego odbierał, zamiast ukryć i w tajemnicy zachować powrót jego do życia, sam poszedł do tej zgrai łotrów i ogłosił, że zabity odżył.

Natychmiast rzuciła się zajadła tłuszcza do izby nieszczęśliwej ofiary, która na kanapie leżąc, zaledwie nowem życiem cieszyć się zaczęła. Jeden z chciwych krwi morderców przebił szlachetną pierś jego widłami a potem jeszcze strzał z pistoletu z drugiej ręki wymierzony jego życiu koniec położył.

Reklama
 

PRZYBORÓW
Morderstwo, jakiego się dopuszczono w dobrach Hr. Reja na rządcy Józefie Ziątkowskim, w Przyborowie, Tarnowskim Cyrkule.

Pewnego poranku zimnych dni lutego, wyjechał hr. Rej konno do miasta Dębicy, wziąwszy sobie za towarzysza swego ulubieńca Ziątkowskiego. W Dębicy padł hrabia od morderczej ręki zażartej zgrai chłopów. Ziątkowski zaś, świadek tego nieszczęścia, uniknął na chwilę śmierci, zawdzięczając ocalenie swoje tą razą jedynie szybkości konia.

Lecz na otwartem polu, sam jeden, zewsząd zagrożony, nie wiedział co począć i bez namysłu wrócił się do domu. Przybył w nocy do swego mieszkania, ukrył się w spichrzu na strychu, między stosami siana i słomy, gdy tymczasem niezliczone zgraje rabusiów już cały pałac i wszystkie przyległości zrabowawszy, zrujnowały ze szczętem.

Reklama

Tam leżał aż do południa dnia następnego. Ale zmorzony głodem, pragnął posiłku; a że właśnie koło jego ukrycia służąca przechodziła, postanowił więc zawołać na nią, by jéj powierzyć swe życie, żądając odrobinę chleba. Biedny nie przewidywał w tem nieszczęścia swego; nie przypuszczał nawet, że oddał swój los w ręce nikczemnej zdrajczyni, bo służąca zawiadomiła natychmiast gromadę o przybyciu swojego pana, poczem przybyła zaraz zgraja po niego, by go do wsi Chotowy odstawić.

Nieszczęśliwy rządca!... jakże się zląkł gdy zamiast pokarmu, ujrzał chłopów wdzierających się na strych do jego ukrycia! Stracił prawie przytomność, wyskoczył bez namysłu przez okno ze strychu, i jednę nogę zupełnie sobie strzaskał. Tak leżącego na ziemi dopadli siepacze, cieszyli się, że im znów nowa zdobycz do rąk się dostała, którąby swoję zapalczywość ugasić, swą zemstę nasycić mogli.

Reklama

Wśród największych boleści, które mu strzaskana noga zadawała, nie mógł rządca podnieść się na żądanie chłopów. Przywiązawszy go więc na koniu, poprowadzono do karczmy, aby tam o jego rozstrzygnąć losie. Jako rządca miał on przyjaciół i nieprzyjaciół w swéj gminie. Niektórzy radzili, aby go tylko do cyrkułu odstawić, inni znowu wołali: „ zabij! zabij!

Większa część, domagała się pierwszego, i już byłby może przy życiu pozostał, gdyby nowa zgraja łotrów, nie była nadbiegła, pod dowództwem jakiegoś złoczyńcy, który niegdyś ukarany przez Ziątkowskiego jak najsprawiedliwiej, widząc teraz z daleka pojmanego przez chłopów, spieszył co tchu z równemi sobie okrutnikami, by na nim zemstą pałające ugasić pragnienie.

Reklama

Wtedy to ani myśleć można było o ratunku jego. Ukryto go wprawdzie w bocznej izdebce w karczmie, lecz ów herszt zacięty wpadłszy szturmem do domu, wybił wszystkie drzwi kilofem a znalazłszy nieszczęśliwego krzyknął: „ha! tuśmi nędzniku! i rozpłatał mu głowę.

Właściciel karczmy, żyd, był świadkiem tego okrucieństwa, którego sprawca później jako prosty morderca, do inkwizycyj pociągnięty został.

Ciało zamordowanego wywleczono przed dom, i obdarłszy je z sukien za wieś wyrzucono, gdzie dwa dni opuszczone leżało. Dopiero Żyd karczmarz ulitował się nad nim, wykopał grób pod figurą na otwartem polu, kazał je pochować tamże, gdzie jeszcze po dziś dzień w tej niepoświęconej ziemi pogrzebane zostaje.

Reklama
 

LATOSZYN
Zamordowanie P. Morskiego,
Dziedzica wsi Latoszyna w Cyrkule tarnowskim, 19 Lutego.

Pan Morski przechadzając się jeszcze chwilkę po pokoju, zamknął drzwi na klucz i wziął się do ukończenia swoich rachunków. Już było po północy a on jeszcze pisał listy, które drugiego dnia we wszystkie strony miał rozesłać. Nareszcie ukończywszy swą pracę, udał się na spoczynek. Usnął, a jego sen był ostatnim snem śmiertelnika na ziemi, wzmacniającym jego członki do cierpień męczeństwa, jakie mu nieszczęsny los ojczyzny przeznaczył.

Tymczasem sroga zemsta uzbrajała dłonie chłopów chciwych krwi jego; musiał paść ofiarą okrucieństwa, bo jego imię w księdze losów ludzkich było zapisane. Rano, rychło w świt, wstał Morski z łóżka, i zaraz podług swego zwyczaju chciał się udać do zatrudnień gospodarskich, gdy nagle, bez tchu prawie, wpada Abraham (mieszkaniec wsi,  Żyd), mówiąc w przerywanych słowach:

- Wielmożny Panie!... chłopi napadli tej nocy na dwór sąsiedzki... pomordowali w nim wszystkich... i zrabowali zupełnie... tu zaś wszyscy poddani uzbroili się już w kosy i cepy... gromadzą się tłumnie... lecz nie mogłem się od nich dowiedzieć dla czego?... Ah!... jednak nie myślą oni nic uczciwego... W. Panie ratuj się... dopóki czas jeszcze... lepiej wyjechać zaraz do Dembicy lub Tarnowa... ale na wsi nie życzę zostawać dłużej.., bo tu grozi największe niebezpieczeństwo. Najmężniejszy nawet, w położeniu Morskiego, straciłby był odwagę; bo każdy człowiek, choćby uważał jakie nieszczęście za niepodobne, jednak wśród takich okoliczności musiałby je wziąć przecie za rzeczywistość. P. Morski też dowiedziawszy się, że właśni jego poddani ostrzą nań śmierci narzędzia, przestał żyć moralnie. Wpadł w zamieszanie, stracił przytomność umysłu, a w końcu opuścił go wpływ siły moralnej, i nie mając już własnej woli, postanowił poddać się ślepo losowi.

Osłupiały, rzucał do koła zbłąkanym wzrokiem jakby jakiejś pociechy szukał, łzy na koniec stanęły mu w oczach – westchnął głęboko w ostatecznem o sobie zwątpieniu  i mimowolnie, chwyciwszy Abrahama za rękę, krzyknął: uchodźmy.

Już był we drzwiach domu, gdy w tem stój podwójna straż przed domem zawoła. Przerażony Morski cofa się do swego pokoju i zamiast poczynić przygotowania do obrony życia, lub ukryć się w jaki zakątku, staje z rezygnacyą na środku izby, mówiąc temi słowy:

- Chodźcie mordercy!... czekam was!... utopcie żelaza mordercze w tej piersi, która dla was biła i zasilcie się tą krwią niewinną na wieczne przekleństwo i potępienie!... ach!.. bijże już śmierci godzino!.

Tak niestety... wybiła wkrótce pierwej niźli się spodziewał. Trzeba było, że wtedy hr. Rej przez jego wieś Latoszyn przejeżdżał. Chłopi napadli nań z zapalczywością, lecz im się przecież z rąk wymknąć potrafił, uciekając czem prędzej do miasta Dembicy.

Rozjątrzeni tym wypadkiem chłopi, szukają zemsty. Postradawszy jednę zdobycz, nie chcieli utracić drugiej t.j. własnego pana, i tłumnie przypuszczają szturm do domu P. Morskiego, który w tej chwili od najwierniejszych sług opuszczony i od Abrahama, zostawał sam jeden w pokoju, gotując się na śmierć.

Reklama

Dzicz ta wyłamawszy drzwi domu wpada do P. Morskiego on zaś powstawszy z krzesła, postąpił kilka kroków i rzekł rozpaczliwym głosem:

- Kogóż szukacie?... cóż to znaczy... wy z kosami i siekierami u mnie?... cóż więc żądacie?

- Ciebie! - krzyknął jeden z tłumu.

- A więc jestem – wyrzekł nieszczęśliwy – i zaraz zadano mu kosą cios śmiertelny w głowę. Stracił przytomność, krew uderzyła strumieniem z głębokiej rany. Pada na ziemię i toczy jeszcze okropną walkę z śmiercią. Lecz wywleczony przed dwór, skonał po męczeńsku pod razami kos i cepów.

Drugim aktem tego dramatu było zupełne zrabowanie i zniszczenie dworu, podług zwyczaju w owym czasie rozpowszechnionego.

Reklama
 

MACHOWA, ŻDŻARY, PILZNO
Dwadzieścia cztery godzin z mojego życia
w dniu 19 Lutego 1848.
(relacja Czecha J. Rzechasza)

Wielkie płaty śniegu popędzane od silnego mroźnego wiatru, biły w okna naszego samotnego leśnego mieszkania w Machowy, podczas gdy z mym bratem pożywaliśmy obiad (...) Podczas gdy oddani poobiedniemu spoczynkowi, ogrzewaliśmy przy ciepłym piecu skośniałe od mrozu członki, weszło 2ch Gajowych, aby według zwyczaju w domu leśniczego przysposobić opału (...).

Z tych moich marzeń w bardzo nieprzyjemny sposób zbudzony zostałem przez dzikie i pomieszane wielu głosów okrzyki. Tak niezwykły wrzask w naszej samotni spowodował mnie do śledzenia tegóż przyczyny, wyszedłem w tym celu na podwórzec i spostrzegłem takowy otoczony przez kilkuset chłopów, w kosy, cepy i widły uzbrojonych.

Gdy nieco pomięszany, ujrzawszy te blade oblicza, których oczy iskrzyły się żarem chciwym mordu, cofnąłem się za próg sieni, cała ta banda przystąpiła do mego brata na dziedzińcu. Z takowej jeden wystąpił naprzód i na zapytanie brata, co to ma znaczyć i czego od nas żądają, powitał go pochwaleniem Chrystusa, a wtedy jakoby na dane hasło, biedny mój brat w koło obtoczony, nie przeczuwający nic złego, zamordowanym został cepami.

Zanim mógłem coś postanowić i pospieszyć w pomoc bratu, drugi oddział tej tłuszczy uzbrojony w strzelby, zrabowane po okrutnem zamordowaniu w Zdziarach książęcego leśniczego Kłosowskiego, wpadł na mnie z okrzykami: chodźcie i zabijcie tego drugiego!

Wtem uderzony w piersi przez jednego z tych morderców, byłbym pewnie życie zakończył, gdyby moja przytomność umysłu nie była mnie z tego rozpaczliwego wyratowała położenia.

Owładnięty myślami, by życie swoje o ile można sprzedać najdrożej, przewidziawszy, że sam nic nie podołam przeciw kilkuset chłopom, których pragnienie krwi i zemsty, przez gorzałkę doprowadzone zostało do najwyższego stopnia, z wysileniem rozpaczy zerwałem się z ziemi, powaliłem stojącego przedemną i ciągle swemi cepami mnie bijącego chłopa, poczem ująć wiszącą za tymże dubeltówkę, takową odwieść i wystrzelić, było dziełem jednej chwili.

Jeden z tych morderców, Szymański z Zdziar, bynajmniej nie wydawszy krzyku, niebawem upadł przy moich nogach i na tem krwawem miejscu wyzionął swą czarną duszę.

Drugi z tej bandy, nazwiskiem Kot, także z Zdziar, któremu cały ładunek wpakowałem w rękę, lecz nie wiem w którą, z wielkim krzykiem uciekł za swoimi towarzyszami, a ja ujrzałem się sam w sieni wraz z zabitym. Korzystając z zamieszania, żadnego im czasu do namysłu nie dając, gdyż najmniejszą przewłokę życiem mógłbym przypłacić, wypadłem z wypaloną strzelbą na dziedziniec zamierzając przez tę tłuszczę przebić się do najbliższego lasu.

Lecz z wielkiem mojem podziwieniem, spostrzegłem, iż takowi na mój widok dobrowolnie się rozstępują, a przez to mnie, już za umarłego osądzonemu, drogę utorowali, niezwlekając przeto i chwili, korzystałem z przyjaznej pory i pomimo wysełanych za mną strzałów przez tych, którzy najpierwej przyszli do przytomności, wyjąwszy kilka zranień głowy, zresztą w dobrym zdrowiu, dostałem się do poblizkiego lasu.

Tak może z ćwierć mili idąc przez największą gęstwinę, wyczerpany i opadły na siłach, upadłem bez przytomności. Nie mogę z pewnością oznaczyć, jak długo pozostawałem w tym stanie omdlenia; dosyć na tem, że przyszedłszy nie co do sił i spostrzegłszy, że jeszcze silnie trzymam w zębach kostkę od lulki, którą paliwszy podczas przybycia tych rabusiów, w walce zgubiłem, nie mniej, leżąca wedle mnie strzelba i moje rany, były wystarczającem świadectwem, że wszystko to, co tu opisuje, jest rzetelną prawdą nie zaś próżném marzeniem.

Niech się kto postawi w mojém położenin, a znajdzie, że takowe wcale do pozazdroszczenia nie było: wspomnienia o moim kochanym bracie, którego w tak okropny utraciłem sposób, samotny i opuszczony, bez przyjaciela, oddalony od swoich, w obcym kraju, bez przytułku w tak przykréj porze roku i ciągle w bojaźni być odkrytym od ścigających, lub też od innych hord chłopskich, czegóż się mógłem spodziewać, jeżeli nie najokropniejszej i męczeńskiej śmierci?

Po krótkim wypoczynku, zagrzebawszy strzelbę pod śniegiem w gęstwinie, udałem się drogą przez Lipiny do Pilzna, dokąd przy wyiskrzonym niebie, mijając każdą chatę, przybyłem około 8 godziny wieczór i podsłuchiwałem, może na 100 kroków oddaloną straż, złożoną z żydów, mieszczan i chłopów. Drżąc od zimna i jak bocian kłapiąc zębami, opuściłem moją kryjówkę i dobrowolnie oddałem się stróżującej bandzie, która zapowiadając mi śmierć na jutro, zaprowadziła do miejskiego więzienia, a tak dała czas przygotować się do mającej nastąpić śmierci.

Zupełnie przekonany, że noc ta jest ostatnią i że nie pozostaje mi więcej życia nad 10 godzin, popadłem w głębokie, ponure dumanie, a błogi sen, przyrodni brat śmierci, zwarł mi powieki i wyrwał z trapiącej obecności. Skrzypienie zamku mojego więzienia zbudziło mnie i wczorajsze zapowiedzenie śmierci, przywróciło pamięć.

Wszedłszy tam z 20 mieszczan i chłopów, związali mnie grubym powrozem i wiedli jak sądziłem do miejsca, na którém moje życie, w sposób dreszczem przerażający zakończyć miałem, jednak w księdze przeznaczeń, śmierć takowa przepisaną dla mnie nie była. Wóz parokonny, na którym już siedziało powiązanych dwóch towarzyszów wspólnego nieszczęścia, stał przed miejskiem więzieniem, gotowy do przyjęcia mnie już prawie umierającego.

Wyjechaliśmy z Pilzna pod strażą ośmiu z tych synów ciemności, w pośród odgróżek zgromadzonych mieszkańców: zaledwie przybywszy do mostu, napotkaliśmy dwóch pocztylionów z Tarnowa powracających, którzy na zapytanie, coby tamże słychać było, odpowiedzieli, iż wyszedł wyraźny rozkaz Starosty Breindla, aby każdego natychmiast na miejscu zabijać; objaśnienie to, w pół godziny później, było przyczyną śmierci wielu niewinnych.

Nasza szanowna straż chciała nam wyświadczyć tęż samą przysługę, któréj wraz z nami doznać miało z 15 osób na 3ch wozach siedzących, a którzy w tak okropnem położeniu z przyczyny bojaźni męczeńskiej śmierci, korzystając z ostatnich chwil, polecali swoje dusze Wszechmocnemu Stwórcy. Lecz powtórnie przez kilku litościwszych uratowani mieszczan, jechaliśmy dalej do Tarnowa.

Jechawszy zaledwie z kwadrans, podobało się jednemu z moich stróżów zawiązać ze mną rozmowę, której rezultatem było parę policzków i ściągnienie ze mnie niektórych części odzieży. Tak przejechaliśmy Machowę, gdzie obdarty z reszty sukien, najprzeraźliwsze cierpiący zimno, w Woli podgórskiej ogrzany zostałem dosyć dobrą porcyą uderzeń i tak przejechaliśmy austeryą, Ładna nazwaną.

Któż opisze moją radość na widok Tarnowa, gdzie spodziewałem się znaleść koniec mych wszystkich cierpień; głęboko odetchnęły me piersi na widok forpoczty cesarskich Chevauxlegerów z 6 ludzi przy rogatce stojącej, życie moje zdawało się nabierać nowych sił, słowem, widziałem się być wyrwanym z okropnego położenia.

Przybywszy do forpoczty, prosiłem kaprala o obronę przeciw, jak sądziłem samowładności chłopstwa. Lecz jakże zostałem oszukanym w mojém oczekiwaniu, gdy w miejsce odpowiedzi, otrzymałem od bohaterskiego komendanta uderzenie płazem, za którego przykładem, cały patrol wraz z naszą strażą, mnie na pół śmiertelnie zbitego, przywiązanego po wrozem do literki wozu, mnie biednego Czecha, bez litości tak silnémi obłożyli uderzeniami, że z ust, uszów i oczów krew wytrysnęła. I dlaczego? sami nie wiedzieli.

(...) Uwolniony po czteromiesięcznem więzieniu, udałem się do Machowy, dla odebrania resztek z mych rzeczy, którebym zdołał odszukać; lecz od prowizorycznie tamże mianowanego mandataryusza, Adapsowicza otrzymałem odpowiedź: iż urząd cyrkularny zakazał bez jego pozwolenia wydawać rzeczy z rabónku pochodzące; z tego się okazuje, że chłopstwo nie z własnéj woli, lecz z polecenia urzędu cyrkularnego, dopuszczało się tych morderstw i okropności.

Potwierdzenie tego otrzymałem od włościanina z Machowy, Łabudzkiego, który dawniej będąc gajowym, bardzo się czynnię odznaczył przy tych rabónkach. Ten na moje wyrzuty, następną dał mi odpowiedź: P. komisarz Zmińkowski gdy jechał przez Zdziary z Zasowa i z Wiewiórki, nakazał nam, żeby wszystkich pozabijać, a rzeczy wziąć sobie.

Z tego się okazuje, że p. Zmińkowski, rozpocząwszy krwawą w Zasowie rzeź, wszędzie ślady takowej w Wiewiórce, Zdziarach i Machowy pozostawiając, w Cyrkule bardzo się czynnym okazał, w skutek których podłości, tak wiele ofiar utraciło życie.

Brzeźnica d. 1 Lipca 1848 r. J. Rzehasz. Pisarz urzędu leśnego w Borku Brzeźnickim.

 

DĘBORZYN, JODŁOWA, JAWORZE, KAMIENICA
Podolecki.
Do zupełnienia Rzezi

Major Podolecki jest szanownym obywatelem, którego świadectwo zasługuje na zupełne zaufanie. Oto jest jego list:
Uszedłszy Austryackiej rzezi i więzień, mam sobie za święty obowiązek dla tak wielu nieszczęśliwych ofiar mordów, wiernie opowiedzieć owe okrucieństwa, których byłem naocznym świadkiem. To tylko opowiem, co sam widziałem, bez względu na pogłoski; byłem zaś świadkiem bardzo małej części katastrofy, która w dziejach tych zbrodni jest niesłychaną.

Opuściwszy Lwów w d. 16 Lutego, podczas mego przejazdu w d. 19 t. m. przez wieś Jodłowę w Cyrkule Jasielskim, bardzom się zdumiał widząc tam panujące wzburzenie, wywołane pomiędzy mieszkańcami szalonemi pogłoski, z niewiadomego wychodzące zródła, które głosiły, iż we wsi Demborzynie, szlachta morduje swoich włościan. Wielu z mieszkańców Jodłowy spiesznie się tam udało, i wkrótce powróciło, nie znalazłszy najmniejszego nieporządku; lecz pogłoski te były smutnem i wstępnem preludium, do burzy dnia następnego.

Wieczorem tegoż dnia przybywszy do dworu N... którego właściciel był nieobecnym, postanowiłem wspólnie z p. Alexandrem Zdzińskim, który przybył przedemną, tamże przenocować.
Następnego dnia, stosownie do celu mojej podróży, musiałem wracać tą drogą którą przybyłem. Przybywszy do Jodłowy, natrafiłem na zgromadzoną tamże zgraję uzbrojonych w kosy, widły i cepy. Z początku sądziłem, iż to będzie powstanie rewolucyjne, które za spiesznie wybuchło, zostałem jednak wkrótce gorzko odczarowany, gdy hufiec z wrzaskiem otoczył mnie, wołając, iż działa z rozkazu rządu.

Na próżno żądałem być zaprowadzonym przed dziedzica. Odpowiedziano mi: Wy jesteście wszyscy łotry, chcecie lud wytępić, jużeśmy dwóch z waszych aresztowali. Na szczęście, przybył Sołtys, kazał mnie zaprowadzić do Demborzyna przed komissarza cyrkularnego, który tam się znajduje dla przesłuchania podejrzanych. Po krótkiej tamże drodze wielu z chłopstwa, których postawa wojskowa zdradzała urlopników, uczyniło wniosek skończenia ze mną od razu, aby niepotrzebowali mnie dalej eskortować.

Sołtys jednak na to nie zezwolił, sam siadł do mnie do sanek i towarzyszył mi do Demborzyna. Tam kilkaset uzbrojonego chłopstwa otoczyło dwór i drzwi izby sądowej. Zaprowadzono mnie przed sędziego. Żołnierze trzymali straż przy wchodzie, landsdragony byli w kordegardzie, a w obecności komissarza Hojrowskiego i oficera od piechoty wyłamywano komody i szafy, gdyż dziedzic zabrał klucze w czasie ucieczki swojej.

Po zwykłych zapytaniach o imię, nazwisko, stan, stopień i cel mojej podróży, komissarz kazał mnie zaprowadzić do pobocznej izby, gdzie znalazłem okutych dwóch młodych ludzi. Landsdragony przetrzęśli mój kufer i moje suknie, a jakkolwiek tam nic podejrzanego nie znaleziono, oświadczył mi Hojrowski, iż muszę być zaprowadzonym do Jasła, stolicy tegoż Cyrkułu.

Po południu udaliśmy się w drogę. (...) Tak jechaliśmy przez dwie lub trzy wsie, zanimeśmy się dostali na gościniec między Pilznem a Jasłem. Wsie i wszystkie drogi były strzeżone przez uzbrojone tłumy. Co chwila stawał kommissarz z landsdragonami, dla dawania tajnych zleceń chłopstwu.

Przy przewozie pod Jaworzem krwawy widok przejął mnie dreszczem: dwa potłuczone ciała leżały na chłopskich saniach wyprzężonych, stojących niedaleko gościńca. Jeden z tych nieszczęśliwych jeszcze oddychał; był to leśniczy z okolicy, Kinzel.

Przebywszy na drugą stronę rzeki, napotkaliśmy trzech włościan na bardzo pięknych koniach. Skoro tylko spostrzegli bagnety żołnierzy, niebawem się do nas przyłączyli i urzędnikom pooddawali niektóre srebra i wiele z odzieży. Ich zakrwawione ręce i suknie świadczyły o właśnie dokonanej zbrodni.

Później napotkaliśmy wiele gromad w pobliżu gościńca i z wielu stron ciągnących, które zdawały się kogoś szukać. Skoro nas spostrzegły, zbliżały się dla oddawania swych łupów.

Przed austeryą w Kamienicy, wielki tłum był zgromadzony. Pociąg nasz zatrzymał się. Hojrowski zsiadł i wkrótce potem dwie z nieszczęśliwych kobiet do nóg mu się rzuciły, prosząc go o pomoc w ratowaniu pewnego człowieka, który był jednej synem, a drugiej mężem. Wkrótce potem, przybył nieszczęśliwy od kobiet przyprowadzony z austeryi, lecz z twarzą tak pokaleczoną i potłuczoną, iż nie można było poznać jej rysów. Wrzucono go do sanek wraz z jakimś zranionym starcem, których landsdragon do sąsiedniego prowadził dworu; kobiety szły pieszo. Landsdragon wkrótce powrócił, donoszą, że dwór, gdzie pozostawił rannego i kobiety, zupełnie jest zniszczonym i że w tym ani sprzętów, ani okien ani drzwi już nie ma.

Prócz tej ofiary, znaleźliśmy jeszcze pięć zwłok na dziedzińcu austeryi w Kamienicy. Między temi był jeden z moich przyjaciół, Wiktor Bogusz. Jeszcze oddychał gdyśmy przybyli, wkrótce jednak zakończył. Jeden z morderców głośno przechwalał się przed komissarzem i w obecności całego zgromadzenia, iż zabił Wiktora Bogusza.

- Tak, panie komisarzu - rzekł on - ja, Tomasz Jardys ze wsi Kamienicy, zabiłem Bogusza własną ręką; ja, który służyłem dziesięć lat Cesarzowi.

Komissarz i landsdragony rozmawiali z tym bandytą bardzo grzecznie i poufale.

Już było dosyć późno, gdyśmy do Jasła przybyli. Zaprowadzono mnie do miejskiego więzienia, (...) nazajutrz zaprowadzono mnie do urzędu cyrkularnego. (...) Starałem się przedłużyć tamże mój pobyt, co mi za pomocą różnych pozorów, dozwolono do 26 Lutego, chociaż Przybylski, Starosta Jasielski, sam mi rozkazał, abym to miejsce opuścił.

Podczas rozmowy z tym prostym, krwi chciwym człowiekiem, opowiedziałem mu okrucieństwa, których byłem świadkiem w mojej do Jasła podróży, nadmieniłem także o okropnych wyrazach mordercy Tomasza Jardys, i wspomniałem, iż to łatwo jest położyć tamę tym okrucieństwom, gdy chłopstwo ślepe posłuszeństwo przyrzekło urzędnikom, żołnierzom i landsdragonom. Odpowiedział na to prawie wściekle:

- Samiście sobie winni, moi panowie; wcale was nie żałuję.

 

SIEDLISKA
W zamku Siedliskach, w dniu 19 lutego na uczczenie sędziwego ojca rodziny Br. Stanisława, odbywała się uroczystość familijna; wszyscy członkowie rodziny, synowie z swemi małżonkami, dziećmi i z wszystkiemi spokrewnionemi do tejże należeli dla odwiedzenia 80 letniego starca, który cieszył się tak licznem potomstwem, raz jeszcze, zapewne przed blizką śmiercią, zgromadzonem około siebie. Całe jego ubiegłe, pełne czynów życie, jak zwierciadło stanęło przed jego wzrokiem, a wyciągając z wdzięcznością ku niebu swoje ręce, błagał o błogosławieństwo Boże dla całego swojego przyszłego pokolenia.

W całym domu panował ruch powszechny. Damy zatrudniały się przygotowaniami na bal, zaproszono na dzień następny przyjaciół i znajomych z sąsiedztwa, a wieczór zgromadzono się w sali w koło starca Bogusza, gdzie w poufnej rozmowie udzielano sobie nawzajem wiadomości, co tylko komu było wiadomo.

Wprawdzie ojciec Boguszów mało się troszczył o polityczne mniemania zewnętrzny świat zajmujące, lecz był Polakiem, a grożące burzą chmury, nagromadzone na horyzoncie jego ojczyzny, zwiastujące zupełne tejże zniszczenie, lub też szczęśliwie nad nią przejść mogące i wskazujące wreszcie nowe odrodzenie się w uroczystej szacie wolności, tak dla Bogusza jako i dla innych synów Ojczyzny głębokie sprawiały zajęcie.

Gdy przeto zwróciła się rozmowa na mające nastąpić niespokojności, na ducha stronnictw i na niejedność rozsiewaną szczególniej z strony biurokracyi, która już wiele razy przeniewierczą się stała i wtrąciła kraj w największe niebezpieczeństwo anarchii, wstrząsnął ojciec Bogusz swą siwą głową z wyrazem troskliwego namysłu, i rzekł do swoich dzieci:

- Wam moje kochane najmłodsze dzieci z mojej rodziny, jest zapewne przeznaczonem, abyście dożyli tej chwili, w której nasza Ojczyzna, przez dokonany podział pomiędzy trzech obcych Monarchów, ulegając obcemu uciskowi i całą swoją narodowość straciwszy, zrzuci to jarzmo i na nowo, jako niazależne państwo zakwitnie, lecz jeszcze chwila ta nie nadeszła, jeszcze wiele polegnie ofiar, i wiele jeszcze krwi za wolność się wytoczy; tak, dopiero gdy wszyscy despoci Europy z swoich tronów strąceni zostaną, wtedy dopiero wielkie dzieło zjednoczenia i odrodzenia Polski, do skutku przywiedzionem będzie. Nic ja dobrego nie przeczuwam z obecnego przesilenia; udział, jaki prosta massa ludu na obronę rządu bierze, jego ponure knowania i czatowa nie na wszelkie poruszenia szlachty, wszystko to pobudza mnie do smutnych przepowiedni; nawet tu w naszych dobrach widocznym jest duch powstania ze strony naszych poddanych. Jak słyszę to u Szeli, nieprzyjaciela mojego domu, odbywają się tajne schadzki, upoważnione przez władze; a nie wiem, moje kochane dzieci, czy my nie dla tego razem się zgromadzili w tym pełnym niebezpiezeństwa czasie, aby być ofiarami zemsty zaślepionego ludu ze strony własnych poddanych.

Tu zamilkł starzec; głębokie panowało milczenie w całem rodzinnem gronie, lekkie westchnienia poruszały usta troszczących się dam, i to trwało tak długo, dopóki wesołość w towarzyskiem zgromadzeniu przez zwrót rozmowy, wywołaną nie została.

Że zaś prorocze słowa starca, spełnić się miały nazajutrz i że wszyscy, jako ofiary okropnej śmierci uledz mieli, tego nikt nie przeczuwał, sam nawet ojciec Bogusz nie marzył o niebezpieczeństwie tak blizkiem i tak okropnem.

cdn

Aplikacja na Androida

Reklama


Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama