Reklama

Miał trzy lata, gdy jego rodzice przyjęli pod dach żydowską rodzinę

Józefa i Stanisław Matłokowie ze Stasiówki w czasie II wojny światowej przez ponad dwa miesiące ukrywali małżeństwo z dwojgiem dzieci. Zresztą w naszym powiecie rodzin, które ryzykowały własnym życiem ratując Żydów w czasie Holocaustu, było dużo więcej. Warto o nich pamiętać, szczególnie dziś, gdy obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu.

Historię Józefy i Stanisława Matłoków, blisko osiem lat temu, opowiedział mi ich dziś nieżyjący już syn Zbigniew. Twierdził wtedy, że dobrze pamięta, jak żydowska rodzina zapukała do drzwi ich drewnianego domu w Stasiówce.

- Mogłem mieć pewnie ze trzy lata, ale pamiętam, że ucieszyłem się, bo to było małżeństwo około 35-40 lat, z dwojgiem dzieci. Cieszyłem się, że będę miał się z kim bawić, bo wtedy byłem jeszcze jedynakiem. Nie rozumiałem, że za ukrywanie Żydów rodzicom grozi śmierć - tłumaczył.

Reklama

A groziła. Pewnie dlatego żydowskiego małżeństwa z dziećmi nie przyjęli mieszkańcy kilku domów w których wcześniej szukali schronienia. Matłokowie zdecydowali się jednak ich ukryć. Za skrytkę służyć im miała wielka beczka, ustawiona w domu, w której wcześniej przechowywano zboże. Przynajmniej przez jakiś czas, bo gdy zrobiło się cieplej, rodzina przeniosła się do stodoły. Józefa nosiła im tam jedzenie, a za potrzebą wychodzili tylko wieczorami za stodołę. W tym czasie jednak partyzanci poinformowali Stanisława Matłoka, że we wsi już wiedzą, że przechowuje Żydów.

- Ktoś musiał dać cynk do szmalcownika i ten nas namierzył - wyjaśniał Zbigniew Matłok.

Reklama

Dlatego jego ojciec postanowił wyprowadzić żydowską rodzinę z gospodarstwa, by nie narażać życia żony i syna. W lesie wykopał wielką ziemiankę, w której małżeństwo z dziećmi mogło się schronić. Liczył, że Niemcy, którzy bali się wchodzić do lasu w obawie przed partyzantami, nie będą ich tam szukać. Rodzina Matłoków nie musiała jednak długo czekać na wizytę Niemców.

- Szmalcownik ich przyprowadził. I ci od razu ojca się pytają, gdzie trzyma Żydów. Jak powiedział, że u nas Żydów nie ma, to zaraz dwa razy pałą po głowie dostał - wspominał Zbigniew Matłok.

Reklama

Mężczyzna, który przyprowadził Niemców też zaczął własne śledztwo. Zaczął wypytywać Józefę po co chodzi do lasu. Ta tłumaczyła, że zbiera gałązki na opał, by dziecku ugotować jedzenie.

- A chodziła Żydów karmić. Tylko zawsze wracając z lasu brała dla niepoznaki kilka gałązek - wyjaśniał syn gospodarzy ze Stasiówki.

Ten jednak nie dał za wygraną. Kazał jej pokazać, gdzie niby te gałązki zbiera. Choć Józefa zaprowadziła jego, a także Niemców w zupełnie inne miejsce, niż wykopana przez Stanisława ziemianka, ci nie dali się zwieść. Polak tak długo krążył po lesie, aż znalazł rozkopaną ziemię i wskazał to miejsce niemieckim żołnierzom.

Reklama

- Jak Niemcy kopnęli drzwiczki, którymi zasłonięte było wejście do ziemianki, to zobaczyli nogi. I już wiedzieli, że tam Żydzi siedzą - wspominał Matłok.

Zaczęli krzyczeć. Kazali rodzinie wyjść. Gdy to nie przyniosło rezultatu, wyciągnęli karabiny i puścili serię. Zebrani wokół ziemianki słyszeli tylko jęki umierających.

- Pewnie ich tam potem zakopali, bo kto by ich gdzieś przenosił? - zastanawiał się mężczyzna.

Po rozstrzelaniu Żydów przyszedł czas na tych, którzy ich ukrywali.

- Mama zdążyła tylko powiedzieć do taty, żeby zmówił żal za grzechy, a Niemiec już ściągał karabin - relacjonował nie bez emocji.

Reklama

Wtedy jednak drugi z żołnierzy złapał go za rękę, powiedział do niego kilka słów, a tamten odłożył broń. Zbigniew Matłok wyjaśniał, że rodziców uratowała znajomość Stanisława z wysokiej rangi niemieckim oficerem. Gospodarz ze Stasiówki zajmował się bowiem wyprawianiem zwierzęcych skórek i jeden z dowódców co jakiś czas zlecał mu taką pracę.

- I pewnie ten jeden żołnierz powiedział drugiemu, żeby go nie zabijał, bo on ich szefowi skórki wyprawia - mówił.

O ile jednak Józefa i Stanisław przeżyli, o tyle mieszkańca Stasiówki, który doniósł Niemcom, że ci ukrywają Żydów, dosięgły kule. Zastrzelili go partyzanci.

Reklama

- Nie wiem nawet, czy mój tato był w tym plutonie egzekucyjnym - przyznał Zbigniew Matłok.

Partyzanci podeszli pod dom donosiciela i kazali mu wyjść. Gdy ten odmówił i zasłonił się dzieckiem jeden z mężczyzn stojąc w oknie wycelował i wystrzelił. Dziecko przeżyło, ale ofiara padła na ziemię. Partyzant przymierzył jeszcze raz i powtórzył strzał by mieć pewność, że wyrok został wykonany.

Przeczytaj również: Nie żyje Zbigniew Matłok, były radny i sołtys Nagawczyny

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 27/01/2026 11:36
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    zbp - niezalogowany 2026-01-28 00:01:03

    W Dębicy mieszkał kiedyś pan Józef, potem Izrael Goldberg. Całe lata pracował w wytwórni konserw na Błoniach, dziś to Kanwil. Miał maleńką kawalerkę w budynku przy domu handlowym . Przeżył wojnę . Uciekł z getta. Wraz z bratem ukrywali się u rodziny w Małej. Mieli wykopaną norę pod tzw. dylami, w stajni dla krów. Krowy stały na dylach , nad nimi. Smród krowich odchodów uratował ich , kiedy Niemcy szukali ich z psami. Ktoś doniósł, gdyby ich znaleźli, zgineła by również polska rodzina która ich ukrywała. Psy nie wyczuły. Pan Józef stracił rodzinę, żonę , syna. Brat pojechał do Ameryki, on został, w Dębicy dożył swoich dni.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama