Jan Tragarz w radioodbiornikach zakochał się jeszcze jako dziecko, ale kolekcjonować zaczął je dopiero piętnaście lat temu. Pierwszy w jego kolekcji był ebonitowy pionier, za którego dał sąsiadowi nowy odtwarzacz video.
- Długo go męczyłem, żeby mi go oddał. Bo miał dwa! W końcu zgodził się za ten odtwarzacz - wspomina kolekcjoner.
Rozmawiamy w Szkole Podstawowej nr 9, gdzie Jan Tragarz zatrudniony jest jako konserwator, a właściwie tzw. złota rączka.
To tam z okazji Dnia Dziecka, pokazywał swoją kolekcję. W jej skład wchodzi prawie sześćdziesiąt radioodbiorników, produkowanych od lat pięćdziesiątych do siedemdziesiątych. Głównie polskiej produkcji, składanych w fabrykach Diora i Kasprzak.
Wcześniej można je było oglądać na wystawach w Muzeum Regionalnym w Dębicy i Muzeum Okręgowym w Rzeszowie.
Jan Tragarz trochę ubolewa, że na co dzień nie może ich prezentować. Bo jego zdaniem to piękne urządzenia, z duszą, nie to co dzisiejsze radia.
Zwrócił na nie uwagę już będąc dzieckiem. Kiedy tylko mógł zaglądał do środka radioodbiornika, przyglądał się lampom i próbował naprawiać.
- Później, jak byłem już starszy, chodziłem po wsi, gdzie mieszkałem i naprawiałem ludziom telewizory. Mieli jeszcze po domach takie radioodbiorniki - mówi.
Wtedy nie przypuszczał, że w przyszłości te urządzenia staną się jego pasją. Że będzie po nie jeździł na giełdy staroci nawet do Tarnobrzega. Czy wyszukiwał ich w internecie, gdzie też trafić można na cacka.
Spośród tych, które posiada, ma ulubiony model. To Symfonia z lat pięćdziesiątych, wyprodukowana przez Zakłady Radiowe Unitra-Diora i wyposażona w gramofon. Zwraca też uwagę na Kariokę, czy Bolero z Zakładów Radiowych im. Marcina Kasprzaka w Warszawie.
Część z jego odbiorników jest jeszcze na chodzie. Gdy ma trochę czasu, najczęściej w zimowe wieczory, stara się je odrestaurować i wymienić zepsute części. Przyznaje jednak, że coraz trudniej je zdobyć, a zamienniki to już jednak nie to.
Czasem uruchamia któreś z nich, siada i słucha jak gra.
- Przypomina mi się wtedy dzieciństwo. Jak siedzieliśmy na polu, a rodzice wystawiali to radio gdzieś na okno i słuchaliśmy - wspomina z nostalgią.
O swojej kolekcji może opowiadać długo, a co ważniejsze, barwnie. Zna historię radioodbiorników, ciekawostki o nich, wie nawet, kto ich używał.
- To radio nazywali świnką, prawdopodobnie przez jego kształt. A to małe, było znowu radiem fryzjerów, bo z uwagi na rozmiar stało w większości salonów - opowiada Jan Tragarz wskazując kolejne modele, które specjalnie na tę okazję przyniósł z warsztatu, gdzie stoją na co dzień./
Zaznacza, że gdyby mógł je prezentować w bardziej eksponowanym miejscu, byłyby w lepszym stanie. A tak pokrywa je kurz.
Liczy, że w SP nr 9, gdzie pracuje, powstanie ekspozycja, którą oglądać będą mogły też dzieci z innych szkół. Twierdzi, że jest na to szansa, szczególnie że dyrektor Grażyna Pondo jest bardzo pozytywnie nastawiona do tego pomysłu.
- Też oczu nie mogła od nich oderwać - uśmiecha się.
Uśmiech zamienia się w śmiech, gdy pytam go, czy żona podziela jego pasję. Na to pytanie Jan Tragarz woli nie odpowiadać. Szczególnie że w planach, choć dalekich, ma już zakup kolejnych modeli. Zapewnia, że wyda na nie jedynie własne zaskórniaki.
Na liście ma takie radia jak m.in. Podhale, Tatra, Juhas, czy Promyk.