Reklama

Jakub Drożdż jako pierwszy ruszył na pomoc


Wczoraj około godz. 18 w Woli Mieleckiej doszło do tragicznego wypadku. Jako pierwszy na pomoc poszkodowanemu ruszył druh Ochotniczej Straży Pożarnej z Jaźwin Jakub Drożdż. Ta sytuacja pokazuje, że strażakiem się jest, a nie bywa.


Według wstępnych ustaleń policji fiat prowadzony przez 57-letniego mieszkańca gminy Przecław zjechał z drogi, a następnie uderzył w betonowy przepust. Świadkiem zdarzenia był strażak z OSP Jaźwiny i jednocześnie żołnierz 3. Podkarpackiej Brygady Obrony Terytorialnej, służący w 33. Batalionie Lekkiej Piechoty w Dębicy Jakub Drożdż. Mężczyzna widząc co się stało natychmiast zatrzymał swój pojazd i ruszył w kierunku poszkodowanego. Wyciągnął kierowcę z samochodu i do czasu pojawienia się na miejscu służb prowadził resuscytację krążeniowo-oddechową. Niestety pomimo jego wysiłków, jak i wysiłków pozostałych służb życia mieszkańca gminy Przecław nie udało się uratować.

Ale ta sytuacja pokazuje, że Jakub Drożdż jest strażakiem z krwi i kości, nie tylko wtedy, kiedy bierze udział w akcjach OSP Jaźwiny, ale także prywatnie, kiedy widzi, że drugiemu dzieje się krzywda. Zwłaszcza, że to nie pierwszy raz, kiedy "po godzinach" pomagał drugiemu. We wtorek 7 stycznia wracał po służbie w jednostce wojskowej w Dębicy do domu. Przed godz. 16 przejeżdżał przez Czarną, kiedy przy stacji benzynowej zauważył jakieś poruszenie. Kiedy zatrzymywał samochód, zobaczył, że ktoś leży na ziemi. Nie zwracał więc nawet specjalnej uwagi, gdzie zostawia samochód, bo chciał jak najszybciej znaleźć się przy osobie potrzebującej pomocy.

Reklama

Szybko ocenił sytuację. Okazało się, że ktoś już dzwoni na numer alarmowy i rozmawia z dyspozytorem medycznym. Dowiedział się, że został sprawdzony puls i że leżący mężczyzna nie oddycha. Zauważył też, że ktoś inny prowadzi resuscytację. Bardzo szybko przypomniał sobie, że przecież jego koledzy strażacy z OSP Czarna mają w remizie defibrylator. Wysłał więc jednego z gapiów, a tych - co podkreśla - zebrało się bardzo dużo - po urządzenie, dając mu szybkie instrukcje, co powinien zrobić.

- Miał włączyć syrenę alarmową na budynku i trzymać ją tak długo, zanim nie przybiegną strażacy, a wtedy poprosić o defibrylator  - tłumaczył kilka miesięcy temu Jakub Drożdż.

Reklama

Po kilku minutach, podczas których cały czas prowadzona była resuscytacja krążeniowo-oddechowa, wysłany wrócił i przyniósł z sobą sprzęt. Jakub Drożdż od razu podpiął elektrody do klatki piersiowej mężczyzny. Urządzenie zrobiło szybkie badanie, które przekonało go, że musi wykonać wyładowanie mające na celu przywrócenie akcji serca i oddechu. Po pierwszym wyładowaniu rytm serca wyrównał się, a mężczyzna na minutę odzyskał oddech. Niestety później ponownie go stracił i konieczne stało się wykonanie powtórnego wyładowania. Kiedy przyjechała karetka, leżący oddychał już samodzielnie.

Jakub Drożdż dowiedział się później od osoby dzwoniącej po pomoc, że połączenie z dyspozytorem trwało 22 minuty. W tym czasie karetka była już w drodze. On prowadził akcję ratującą życie przez ponad kwadrans.

Reklama

- W ciągu dwóch lat to już piąta taka sytuacja. Mam pewne doświadczenie i nie boję się, że coś złego się stanie - mówił w styczniu Jakub Drożdż i dodawał, że nie czuje się bohaterem.

Podkreślał, że do uratowania życia mężczyzny w Czarnej przyczynili się też ci, którzy pomocy zaczęli udzielać mu jako pierwsi, jeszcze przed jego przyjazdem. I taką postawę może dać za wzór innym.

Czytaj także: Strażacy walczą o pieniądze. Głosować można codziennie

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 21/10/2025 11:08
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Staszek - niezalogowany 2025-10-21 11:57:55

    Brawo dla niego super. Ale dlaczego nie pisze nikt o zwykłym człowiekiem który by tak pomógł????

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama