Swoich mają czwórkę, ale Kisiel codziennie przychodzi do przedszkola. Pipi przyjechał na wakacje i został. Teraz boi się, żeby nikt go nie zabrał.
Na spotkanie umawiam się z kocią mamą, Agnieszką Siuzdak. Ale już po 5 minutach wizyty w jej mieszkaniu wiem, że spotkałam zakocone małżeństwo. Mąż pani Agnieszki Tomasz, z równą, co żona swadą potrafi opowiadać o każdym z ich podopiecznych.
No to tak. Najpierw był Mruczek, kiedy jeszcze mieszkali na Matejki. Mruczek był kotem wychodzącym i pewnego dnia zginął potrącony przez samochód. Ale niedługo wcześniej swoim opiekunom przyprowadził koleżankę. Okazało się, że kocia panienka jest w ciąży. Dziś z Siuzdakami mieszka córka tej pary Misia.
- Jakby przeczuł, że coś się stanie i nich chciał, żebyśmy zostali sami - opowiada pani Agnieszka, podkreślając niezwykłość tego wydarzenia.
To za sprawą Mruczka wpadli po uszy w koci świat. Ale też musieli zmierzyć się z ludzką niechęcią, bo okazało się, że koty, którym pomagali, nie cieszą się powszechną sympatią.
- Sąsiedzi twierdzili, że Mruczek jest agresywny. A nawet, że to wandal, który rysuje im samochody. Naprawdę, z takimi zarzutami się spotykaliśmy - wspomina tamten czas Tomasz Siuzdak.
W międzyczasie ich stado sporo się powiększyło. Po Misi pod dach empatycznego małżeństwa trafili kolejno: Puszek i Feliks. Jeden i drugi to przybłędy. Można powiedzieć, że swoim opiekunom zawdzięczają życie.
Ich niewielkie mieszkanie pełni rolę domu tymczasowego, a także miejsca, gdzie można zostawić kota na czas wakacyjnego wyjazdu. Wielu ludzi korzysta z tej możliwości. Tak, jak mieszkanka Rzeszowa, która pewnego dnia przywiozła do Siuzdaków Pipi. To wielki pan kot, który tak się zadomowił, że został.
- Opiekunce zmieniła się sytuacja życiowa. Musiała szukać mu domu, stwierdziliśmy, że przecież już ma - śmieje się pan Tomasz.
Za to sam Pipi podczas całej mojej wizyty wygląda na spiętego, a nawet przestraszonego. Dopiero po kilkukrotnym zapewnieniu, że nikt go stąd nie zabierze, rozluźnia się na tyle, że zaczyna się bawić, chowając w pudełku i zaczepiając do wygłupów. Ta czwórka to koty właścicielskie Agnieszki i Tomasza. Ale kiedy zaczynam liczyć, okazuje się, że w mieszkaniu jest jeszcze jeden.
- To Kisiel, kot sąsiada, którego często nie ma w domu - mówią.
Z tego powodu uroczy koci podrostek codziennie przychodzi do ich mieszkania i spędza w nim co najmniej kilka godzin. Mówią, że Kisiel przebywa u nich jak w przedszkolu. Kiedy przychodzi pora powrotu do domu, chowa się po kątach i przedłuża moment pożegnania. Zatem niby nie jest ich kotem, ale w głębi serca chyba jednak jest.
Ta piątka to nie jedyni podopieczni państwa Siuzdaków. Kolejnych pięć dokarmiają pod blokiem. Pan Tomasz, z zawodu budowlaniec, robi im domki ocieplane styropianem. A to wciąż nie koniec listy kotów, którymi się opiekują.
- Jest jeszcze dziewięć na działce. Wszystkie już wykastrowane dzięki pomocy Fundacji Psi Azylek Zwierzęta w Potrzebie - opowiada pani Agnieszka.
Przyznaje, że nie jest łatwo finansowo ogarnąć taką załogę. Koszty utrzymania to nie tylko karma, ale i zabiegi weterynaryjne, pomoc lekarska w nagłych sytuacjach. Gdyby nie wsparcie dobrych ludzi, na pewno nie poradziłaby sobie z tym wyzwaniem.
Mimo to oboje z mężem cieszą się, kiedy do ich domu trafia kolejny kociak. Odkarmiają, leczą i puszczają w świat. Ostatnio dwa dobre nowe domy uratowane przez nich koty znalazły w Krakowie. Każda taka sytuacja to dla nich wielka satysfakcja. Przyznają, że już nie wyobrażają sobie domu bez kotów.
- Każdy jest inny, każdy wyjątkowy - mówią.
Całej tej gromadki pilnuje suczka Luna. Też przygarnięta ze schroniska. I tak samo jak koty kochana.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze