Reklama

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach – w Zasowie i Mokrem z niepokojem patrzą w niebo

Najbardziej Jan Persak boi się gradu. Strachliwy nie jest, nie obawia się o siebie, wie jednak, że w ciągu kilku minut żywioł potrafi spustoszyć plantacje drzewek owocowych, które uprawia.

Siedzimy u niego w domu, w nowocześnie urządzonym salonie. Przy rodzinnym stole rolnik z Zasowa wyjaśnia, dlaczego natura ma tak duży wpływ na życie jego rodziny i mieszkańców co najmniej dwóch sołectw: Zasowa i Mokrego. Tych, którzy tworzą podkarpackie zagłębie upraw drzewek owocowych.

Za oknem pogoda nie rozpieszcza, jest środek niżu genueńskiego, jaki nadciągnął nad Polskę południowo-wschodnią. Rolnicy żyją w niepewności, dla ich upraw groźny jest nie tylko grad, ale też wichury i zalanie pól. I dla przeciwwagi - także susza. To nie jest biznes dla ludzi o słabych nerwach.

Reklama

Jeden z takich dni opisał Mateusz Lewartowski, lokalny meteorolog, którego prognozy sprawdzają się niemal w stu procentach i cieszą ogromną popularnością wśród mieszkańców powiatu. Jego profil na facebooku - Stormymovies - Mateusz Lewartowski ma ponad 27 tysięcy obserwujących, niewiele mniej, niż nasz portal.

 - Nad Dębicą rozwinęła się trzynasta burza, kolejna znajduje się w okolicy Pilzna, a jeszcze następna nad Tarnowem. Przez cały czas powstają nowe burze, które w rejonie Dębicy jeszcze się wzmacniają. Jeszcze co najmniej 3-4 godziny opadów i okresowych burz - pisał 20 minut po północy, już w poniedziałek 14 lipca.

Reklama

Nazajutrz podsumował, że w ciągu 12 godzin tych burz nad powiatem było siedemnaście, niektóre nie ominęły Zasowa.

 

Jedno wielkie nieszczęście

Obyło się wtedy bez gradobicia, czyli tego, co Jan Persak określa jednym wielkim nieszczęściem. W tym roku szczęśliwie to groźne zjawisko omija plantacje drzewek owocowych, ale ubiegły nie był taki łaskawy. Pola w Mokrem i Zasowie od strony północno-wschodniej, graniczące z Nagoszynem i od strony Bobrowej, zostały dotknięte żywiołem. Dokładnie przed rokiem, w połowie sierpnia.

- Ludziom tak wytłukło uprawy, że niech Bóg broni. I to nie jeden raz, ale po dwa trzy - mówi Jan Persak, dodając, że grad to najgorsze, co może się zdarzyć.

Reklama

Akurat jego uprawy los tym razem oszczędził. Ale dotknął gospodarstwo Krystyny i Bogusława Wawrzonków, jedno z większych i najlepiej zorganizowanych.

- No, nie było się z czego cieszyć. Drzewka były mocno rozbite - mówi Bogusław Wawrzonek.

Jak dodaje, opady gradu były dwa, na szczęście kataklizm nie dotknął wszystkich jego upraw, które ma rozrzucone w różnych częściach szkółkarskiego rejonu.

Na to rozproszenie, zwłaszcza w przypadku większych gospodarstw, zwraca uwagę Jan Persak. Potentaci mają plantacje pod Bobrową, pod Nagoszynem, więc jak uderzy grad w jednym miejscu, to inne oszczędzi.

Reklama

- Ale jak jest mniejsze gospodarstwo, to wytłucze całkiem - twierdzi Jan Persak.

On ma takie mniejsze, położone z Zasowie przy granicy z Mokrem, ale jego uprawy wtedy ocalały. Choć daleko nie było. A żywioł dotknął go przed laty nie raz, bo choćby i wtedy, gdy uprawiał grusze szczepione na pigwie. Niewiele z nich zostało.

Czy rolnicy próbują się chronić? Sadownicy mają siatki, ale ich założenie w przypadku szkółki drzew owocowych to koszty tak wysokie, że przy obecnej cenie drzewek są wręcz zaporowe i nikt się na to nie decyduje.

Reklama

Dr  hab. inż. Wacław Jarecki, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, z Instytutu Nauk Rolniczych, Ochrony i Kształtowania Środowiska, potwierdza, że skrajne zjawiska pogodowe, skutkują dużymi stratami w rolnictwie. Jak wyjaśnia, w uprawach polowych mamy nieduże możliwości przeciwdziałania lub minimalizacji wpływy niekorzystnych warunków atmosferycznych na rośliny. W zależności od zjawiska mogą to być siatki przeciwgradowe, armatki przciwgradowe – temat dyskusyjny (grad), nawadnianie (susza), zadrzewienia śródpolne (wiatr), odmiany odporne na stresy środowiska. Część naukowców to zwolennicy upraw pod osłonami (namioty foliowe, szklarnie) oraz ferm wertykalnych, czyli upraw w budynkach. W tym ostatnim przypadku nie ma problemu z chwastami czy szkodnikami, woda jest w obiegu zamkniętym, a dodatkowo można wykorzystać fotowoltaikę jako źródło energii. Niestety nie wszystkie gatunki roślin uprawnych można uprawiać pod osłonami.

Innym rozwiązaniem jest system agroleśny. To ochrona głównie przez suszami, także problemem szkółkarzy. Agroleśnictwo znane jest w takich krajach jak Hiszpania, Portugalia czy Grecja. Im będzie cieplej, tym popularniejsze może być także w Polsce. Kto wie, może to także sposób na ochronę upraw przez ulewami, wiatrem i gradem?

Reklama

Problem jest duży, bo drzewko, uszkodzone przez grad trudno już sprzedać. Normalne, zdrowe kosztuje obecnie 6-7 złotych w hurcie, co przy sprzedaży tysiąca i więcej sztuk robi odpowiedni obrót. Takiego uszkodzonego sadownicy nie chcą nawet za złotówkę. Cierpią rolnicy i ich rodziny, zwłaszcza właściciele mniejszych gospodarstw, bo nie zarobią na swoje utrzymanie. W szkółkach nie wystarczy, by drzewko było żywe – ono musi być proste, zdrowe, jednolite i gotowe do sprzedaży. Nawet drobne uszkodzenia wpływają na jego wygląd i kwalifikację jakościową. Klienci – głównie zawodowi sadownicy – oczekują materiału najwyższej klasy. Zniekształcone, obite lub uszkodzone drzewka nie znajdują nabywcy. Straty mogą więc sięgać setek tysięcy złotych.

 

Reklama

Najgroźniejszy wróg szkółkarza

Skąd się bierze grad tłumaczy Mateusz Lewartowski.

- Powstaje w chmurze cumulonimbus (kilka lub kilkanaście kilometrów wysokości), najczęściej jest związany z burzą (ale nie zawsze - może wystąpić bez wyładowań atmosferycznych). Tworzy się, gdy kryształki lodu są unoszone przez prądy wstępujące do górnej części chmury, następnie opadają wraz z prądem zstępującym, a później znów są unoszone do góry. Taki cykl powtarza się kilkukrotnie, w tym czasie gradzinki "rosną" - tworzą się na niej kolejne warstwy lodu, w końcu stają się tak ciężkie, że prąd wstępujący nie jest już ich w stanie unieść - wtedy spadają na ziemię. Mają średnicę od 5 mm. W uproszczeniu - im silniejsza burza, tym większe ryzyko silnego gradobicia, ale czynników wpływających na to jest kilka, m.in. obecność frontu chłodnego, burzy typu superkomórkowego, dużych uskoków wiatru - wyjaśnia.

Reklama

W Polsce grad występuje stosunkowo często, najczęściej w tzw. "szlakach gradowych" - zwłaszcza między Krakowem a Lublinem. Na skraju tego pasa leżą Zasów i Mokre.

Mateusz Lewartowski zauważył, że w ostatnich latach można obserwować częstsze występowanie dużego gradu, tj. 5 cm średnicy i więcej, a jeszcze w latach 90-tych było to rzadkością. Obecnie pojawia się lokalnie w Polsce wielokrotnie w ciągu roku.

- W Dębicy w ostatnich latach największe gradobicia zdarzyły się w 2014 i 2006 roku. Również w zeszłym miesiącu, podczas rekordowo burzowego 13 lipca w gminie Pilzno wystąpił opad dość dużego gradu, który padał lokalnie nawet kilkanaście minut.  Na koniec warto dodać, że grad najczęściej pada bardzo lokalnie, tj. w pasie kilku kilometrów lub kilkuset metrów, więc precyzyjne prognozowanie jest niemożliwe - zauważa Mateusz Lewartowski.

Reklama

Tymczasem młode drzewka są bez szans w starciu z gradem. Ulegają uszkodzeniom mechanicznym, zwłaszcza w pierwszym roku wzrostu, gdy mają cienkie, elastyczne pędy. Uderzenia lodowych kul łamią główne pędy i pędy boczne, powodują trwałe zniekształcenia, zakłócają prawidłowe formowanie korony drzewa. W efekcie traci ono swoją wartość szkółkarską, nawet jeśli fizycznie przeżyje.

- Grad jakby był duży, toby nas zrobiło dziadami - mówi dosadnie Zbigniew Waśko, sołtys Zasowa.

On sam przeżył gradobicie kilka lat temu, na szczęście niewielkie.

Reklama

- Jak jest nieduży grad, drzewko się zabliźni, to jeszcze można go uratować. Ale za rok, za dwa na tym drzewku może się choroba jakaś pojawić, bo niby jest zabliźnione, ale to jednak jest jak po urazie - tłumaczy sołtys, który prowadzi pięciohektarowe gospodarstwo.

Te choroby powstają, bo uszkodzona kora i tkanki to doskonałe środowisko dla patogenów. W ranach rozwijają się choroby grzybowe i bakteryjne, w tym tak niebezpieczne jak rak bakteryjny.

 

To wszystko się przekłada na nasze uprawy

Pytam Jana Persaka, kiedy zagrożenie gradem jest największe.

- Cały czas, kiedy idą burze, jeden Bóg wie, co się może stać. Nie wiadomo, co będzie za godzinę, co będzie jutro - odpowiada.

- Grad jest cały czas groźny, kiedy by nie spadł. O każdej porze dnia i nocy jest niebezpieczny. Od wiosny do samej jesieni. Nie ma, że jest lepszy moment, albo jest gorszy, bo potem jak zbije podkładkę, nie ma gdzie oka (szczepionej rośliny- dop. red.) wsadzić - dopowiada Halina Persak, żona Jana, która uczestniczy w naszej rozmowie.

- Od maja praktycznie, przez całe lato, nawet we wrześniu może być taki przypadek - tłumaczy mąż.

Widać w rolnictwie różnice i zmiany klimatyczne, jakie nas dotykają - dopytuję?

- A daj pan spokój. Temperaturowo to wszystko się przekłada na nasze uprawy - komentuje Jan Persak.

Jak dodaje, jeszcze dziesięć lat do tyłu zdarzało się to i tamto, ale nie było tych anomalii aż tyle, tyle wiatrów, tyle gradu.

- Były też burze, ale to nie były burze tak niszczycielskie. Sam pan widzi, co się dzieje na świecie. Z roku na rok te anomalie są coraz większe - twierdzi rolnik z Zasowa.

Zbigniew Waśko też zauważył, że kiedyś była pogoda stabilna. Dziś najgorsze są huśtawki pogodowe wczesną wiosną, jak jest ciepło i następuje nagły spadek temperatury. Zimą nie ma mrozu, więc w marcu drzewka są rozhartowane, oczko zaczyna pęcznieć do życia, a wtedy przyjdzie przymrozek.

- Niektóre przeżyją, niektóre nie - mówi sołtys Waśko.

 

Jak ubezpiecza, to miód

Jan Persak jest zwolennikiem ubezpieczeń, nie tylko szkółek drzew owocowych, ale też pszenicy, którą uprawia i innych zbóż.

- Takie uprawy jak rzepak, jak owies - on nawet nie musi być ubity przez grad, ale po nawalnym deszczu, gdy  jest dojrzały, to obleci, tak samo rzepak - tłumaczy.

Tyle że gdy rolnik ubezpiecza zboża, to państwo mu do tego dopłaca, np. za tonę rzepaku rolnik płaci 150 zł, państwo dopłaca 255.

Ale do upraw drzewek nie dopłaca, plantatorzy muszą pokryć te koszty w całości.

- Bo to niby dział specjalny - mówi Jan Persak.

Jeśli szkółka chce ubezpieczyć od gradu 1 hektar drzewek, czyli ok. 35 tysięcy sztuk, to przyjmując za jedno drzewko cenę dziesięciu złotych (wartość odszkodowania), koszt takiego ubezpieczenia wyniesie 15 tysięcy złotych. Dlatego rolnicy nie ubezpieczają drzewek na sumę 10 zł, tylko na 5-6 zł. Ale to koszty i tak ogromne.

- Niestety, w tamtym roku nie ubezpieczyłem upraw - przyznaje Bogusław Wawrzonek, którego gospodarstwo ucierpiało wskutek opadów gradu.

Rolnicy często są niechętni takiej ochronie, bo zdarza się, że ubezpieczyciele szybko pobierają składki, ale jak przyjdzie do wypłaty odszkodowania, to mnożą się przeszkody. Rolnik pokazuje drzewko, które trzy razy zostało uderzone gradem, twierdzi, że już się do niczego nie nadaje, a ubezpieczyciel na to, że „pan to sprzeda”.

Zbigniew Waśko ubezpieczył swoje drzewka 4 czy 5 lat temu, niewysoko, na 4-5 zł za sztukę. Wyszło 12 tys. za pół hektara. Teraz już tego nie robi.

- Bo przychodzi likwidator i twierdzi, że nie ma drzewek w 100 procentach zniszczonych. Niech ono będzie w 50 procentach, to już tego drzewka nikt nie chce kupić. Jak ubezpiecza, to miód, gorzej jak przychodzi do wypłaty. - - Lepiej niech Pan Bóg chroni, wolę nie mieć do czynienia z ubezpieczycielami - tłumaczy sołtys.

Rolnicy nie zapominają także o wymiarze duchowym. Co którąś niedzielę jest msza w kościele w Zasowie w intencji o dobre zbiory, zachowanie od nieszczęść, w tym gradu.

- Daje się na msze o uchowanie od nieszczęść i to często - przyznaje sołtys Waśko.

 

Oto wrogowie młodych drzewek

Żeby grad był jedynym, pogodowym zmartwieniem szkółkarzy, to ich rok wyglądałby spokojniej. Groźne są też ulewy, zwłaszcza dla młodych drzewek.

- Jak woda stoi dwie, trzy doby, to po drzewku. Wygnije, zżółknie, potem samo usycha - mówi Jan Persak.

Szczęściem w rejonie Zasowa i Mokrego udało się przed laty zbudować meliorację, stąd dziś to zagrożenie jest mniejsze. Mimo to coraz częstsze i gwałtowniejsze ulewy, będące skutkiem zmian klimatycznych, stają się dla szkółkarzy jednym z trudniejszych wyzwań. Przy stojącej wodzie młode korzenie, pozbawione dostępu do tlenu, zaczynają gnić już po 24-48 godzinach. Skutkiem jest zamieranie roślin i rozwój chorób takich jak zgnilizna systemu korzeniowego.

Groźny jest też silny wiatr, zwłaszcza na wiosnę.

- Jak jeszcze nie zdrewniała ta część szlachetna drzewka, to bardzo dużo drzewek odłamuje - tłumaczy Zbigniew Waśko.

W Zasowie i Mokrem wieją głównie wiatry z zachodu, dlatego drzewka na podkładce szczepi się głównie od wschodu, by chronić tzw. oczko przed wiatrem. Ale gdy pogoda pokaprysi i zawieje mocniej od wschodu, wtedy zniszczenia mogą być spore.

Silny wiatr może też połamać całe drzewka, zniekształcić ich korony, doprowadzić do trwałych skrzywień. Takie uszkodzenie obniża wartość drzewka, a w wielu przypadkach kończy się jego całkowitą utratą.

Szkółkarze się przed tym bronią, często stosują palikowanie każdego drzewka, by zapewnić mu stabilność i pionowy wzrost. Warto, bo jedna wichura może przekreślić kilka miesięcy pracy.

 

Gdy brakuje wody drzewo przestaje rosnąć

Na drugim biegunie są susze, równie groźne, jak żywioły związane z wichurami, wodą i gradem.

- Niegdyś nie było takich upałów, było 25-26 stopni ciepła, a dzisiaj bywają dni z temperaturami po trzydzieści kilka stopni - mówi Jan Persak.

- Jak jest sucho, nic nie rośnie. Musi być wilgoć w ziemi - dodaje.

- Drzewka potrzebują wilgoci, wszystko, także zboża potrzebują wody - niemal wtóruje mu Zbigniew Waśko.

Dlatego cieszą go spore opady tego lata, bo zimą nie było śniegu, wiosną też sucho, dlatego ziemia szybko wchłania wodę.

Prof. UR Wacław Jarecki wyjaśnia, że do tej pory mówiliśmy o pogodzie w kontekście niskich temperatur: wymarzanie, przymrozki, uszkodzenia mrozowe. Znamy takie określenia jak „Zimni Ogrodnicy” czy „Zimna Zośka”. Teraz obserwujemy, głównie w miesiącach letnich, dni upalne. Gdy wystąpią zbyt wysokie temperatury dobowe, to dla roślin jest to stres termiczny. Zakłócone zostają wówczas procesy fizjologiczne, wzrost i rozwój roślin.

Choć susza nie niesie tak szybkich zniszczeń, jak burze czy grad, jej skutki bywają równie dotkliwe. Korzenie drzewek w szkółkach są zbyt płytkie, by się bronić przed upałami. W szkółkach produkuje się rośliny dwu-, trzyletnie, których system korzeniowy nie sięga jeszcze głębokich warstw gleby. Oznacza to, że są one całkowicie zależne od wilgoci w górnej warstwie podłoża. Kilka dni bez deszczu i wysoka temperatura wystarczą, by młode pędy zaczęły więdnąć, a liście się zwijały. Takie drzewko – nawet jeśli przeżyje – może zostać zdyskwalifikowane przez odbiorcę.

Susza osłabia rośliny fizjologicznie, stają się bardziej podatne na szkodniki i choroby – od mszyc i przędziorków po grzyby atakujące pękające tkanki.

Niekorzystne zjawiska pogodowe, tj: niskie temperatury, susze, burze czy ulewy są niesprzyjające dla rolników. Trzeba się więc zastanowić, w jaki sposób możemy im przeciwdziałać aby chronić rośliny lub zminimalizować uszkodzenia, mówi prof. UR Wacław Jarecki.

W przypadku suszy jest to nawadnianie czy deszczowanie. Do tego celu można wykorzystywać naturalne zbiorniki wodne albo studnie (są jednak limity zużycia takiej wody na potrzeby własne). Można też zbierać wodę deszczową. Nie wszystkie plantacje możemy jednak nawodnić, wówczas należy dobierać odmiany odporniejsze na brak wody lub stosować odpowiednią agrotechnikę.

I tu wskazuje na ciekawostkę, praktykowaną już w krajach cieplejszych, gdzie rolnicy starają się przeciwstawić suszy poprzez system agroleśny. To pasy drzew owocowych, energetycznych czy leśnych, które dają cień gatunkom uprawnym.

- Tylko to też trudno sobie wyobrazić na niektórych areałach - przyznaje prof. Jarecki.

I wraca do wspomnianego już rozwiązania, czyli upraw pod osłonami. Dodatkowo wspomina o takich możliwościach jak fermy wertykalne, hydroponika, aeroponika, akwaponika, gdzie woda znajduje się w obiegu zamkniętym i rolnikom nie doskwierałby jej brak.

- To jest jednak droga inwestycja i oprócz zalet ma też i wady. Ale szklarnie czy tunele foliowe to forma częściowego uniezależnienia się od pogody - mówi.

Profesor Jarecki jest zwolennikiem tezy, że wprowadzenie nowych odmian do praktyki rolniczej ma duże znaczenie w kontekście zmian klimatycznych. W badaniach własnych wykazał, że niektóre genotypy stabilnie i wiernie plonują w latach. Poza tym wzrasta areał gatunków ciepłolubnych takich jak soja czy słonecznik. W wielu rejonach kraju zakładane są winnice. Kilka jest w rejonie Jasła (jest też kilka w naszym powiecie).

- Idziemy zatem w uprawy, które nie były dla nas typowe, a teraz zaczynają się sprawdzać. Może nie będzie się u nas uprawiać oliwek, ale już brzoskwinie przy odpowiedniej pielęgnacji radzą sobie dobrze w obecnych warunkach klimatycznych - mówi prof. UR Wacław Jarecki.

To wskazówka dla sadowników, a jeśli oni zaczną poszukiwać drzewek brzoskwiń czy moreli, to dobra informacja także dla szkółkarzy z Zasowa i Mokrego.

 

Między burzą a suszą

Dr Sebastian Szklarek, ekohydrolog związany z Europejskim Regionalnym Centrum Ekohydrologii Polskiej Akademii Nauk w Łodzi i założyciel portalu Świat wody, na zagadnienie nadmiaru wody i suszy patrzy z perspektywy ekohydrologa i biologa. Pytam, czy dla rolników, w tym szkółkarzy, groźniejszy jest brak opadów i susze, czy też dni burzowe i deszczowe.

- Paradoksalnie jedno i drugie. Rosnące temperatury z jednej strony zwiększają parowanie, czyli zabierają wodę z krajobrazu do powietrza (rozwój suszy). To powietrze przez to, że jest cieplejsze, jest w stanie pomieścić więcej wilgoci, zanim zamienia się ona w deszcz (lub inny opad) - a więc mamy wydłużające się okresy bez opadów. Natomiast, gdy już pada, to coraz częściej mamy intensywne opady (duży opad w krótkim czasie). Burze mogą nieść coraz większy opad, niosąc zagrożenie zalaniem, a jednocześnie nie rozwiązując problemu suszy - odpowiada.

Jakie więc zmiany w gospodarce wodnej są najbardziej potrzebne na poziomie lokalnym, by ograniczyć skutki suszy i ulew w rolnictwie?

- I tu jest trudna sztuka, bo z jednej strony, aby ograniczyć skutki suszy, powinniśmy zatrzymywać wodę, gdzie się da. Czyli zwiększać szeroko rozumiane formy retencji. Z drugiej, aby chronić się przed ulewą, chcielibyśmy szybko pozbyć się wody, aby nie stała za długo na polu. Tylko, że w przypadku ulew, mamy dodatkowo efekt wypłukiwania gleby. To już każdy gospodarz indywidualnie musi sobie odpowiedź na pytanie, co go spotykało częściej w ostatnich latach - susza czy zalanie pól? - wyjaśnia dr Sebastian Szklarek.

 

Zaczął hrabia Łubieński

Szkółkarstwo w Zasowie i Mokrem zaczęło się rozwijać się w drugiej połowie XIX wieku, w posiadłości hrabiego Witolda Łubieńskiego, osiadłego w Galicji powstańca styczniowego. Jego syn Tadeusz próbując ratować zadłużoną posiadłość wprowadził nowy rodzaj uprawy. Zyskali i włościanie, bo nauczyli się nowej sztuki.

Po drugiej wojnie światowej i znacjonalizowaniu majątku Łubieńskich zniknęły wielkie plantacje drzewek owocowych. Ale w niektórych, małych z reguły gospodarstwach, tradycja ich uprawy przetrwała. Renesans nastąpił w latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy cena drzewek w sprzedaży była bardzo opłacalna. Tak rozpoczął się rozwój, plasujący dziś rejon Zasowa i Mokrego w czołówce polskiego szkółkarstwa.

Wtedy zaczynali tę rolniczą przygodę Jan Persak i Zbigniew Waśko, nieco później Bogusław Wawrzonek.

Jak mówi ten pierwszy ludzie uczyli się jeden od drugiego, podobnie on z żoną Haliną.

- Pobraliśmy się, sąsiedzi tu mieli obok taką szkółkę, więc założyliśmy swoją - wspomina, wskazując na szkółkę śliw, gdy w wykorzystując, że przestało padać, idziemy zobaczyć zasowskie pola.

Dziś gospodarstwo rozpisał pomiędzy córkę i syna. Pracują wspólnie, on z żoną, córka, syn, synowa. Pod sadzonkami mają jakieś 2,5 hektara.

Zbigniew Waśko mówi, że obecnie w Zasowie jest ok. stu szkółkarzy. Nieco mniej w mniejszym Mokrem. Ludzie uprawiają sadzonki drzewek, choć jest coraz trudniej, bo ich cena od dwudziestu lat prawie nie drgnęła.

- Coraz cięższy to kawałek chleba - mówi sołtys Zasowa.

Gospodarstwo Krystyny i Bogusława Wawrzonków, które działalność rozpoczęło od zera na początku lat dziewięćdziesiątych, zdobyło w 2025 roku tytuł najlepszego gospodarstwa na Podkarpaciu w Konkursie Bezpieczne Gospodarstwo Rolne. Rodzicom pomagają synowie. Starszy Dominik już mniej, bo założył własną szkółkę. Młodszy Jakub też się do tego przymierza. Rodzinne tradycje będą więc kontynuowane, a pogoda w tym Wawrzonkom nie przeszkodzi. Choć zdają sobie sprawę, że łatwo nie będzie, bo czy podczas burz, czy podczas suszy czyhać będą zagrożenia. Oby przy pomocy nauki, podpowiadającej nowe rozwiązania, w praktyce coraz lepiej sobie z nimi radzili.

[email protected]

Czytaj także:

Rolnicy dziękowali na dożynkach w Zasowie

Miejsce zdarzenia mapa Dębica
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 18/08/2025 19:01
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama