Na ławeczce siedzę sam
Nie miałem zamiaru pisać tekstu po śmierci Jerzego Urbana. Postać bardzo kontrowersyjna, szczególnie w ostatnich trzech dekadach. Jednak mój wierny Czytelnik Janusz Krupa oczekuje ode mnie napisania felietonu na ten temat. Muszę zatem sprostać temu wezwaniu. Zlekceważenie tak ważnego Czytelnika byłoby niepowetowaną stratą.
Zamiast jednak felietonu opiszę moje dwa spotkania z Jerzym Urbanem. Pierwsze miało miejsce w połowie lat 70-ych, drugie na początku lat 80-ych. Jedno było sympatyczne, drugie niemiłe dla mnie.
W połowie moich studiów na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego pewien dziennikarz telewizyjny prowadził wykład monograficzny na temat kanadyjskiego teoretyka kultury medialnej Marshalla McLuhana, proroka elektronicznego zbawienia i twórcy pojęcia „globalna wioska”.
Po którymś z wykładów dziennikarz przekazał zebranym studentom propozycję kierownictwa Telewizji Polskiej, aby wystartować w konkursie wydziałów dziennikarstwa. W trzyosobowej reprezentacji dziennikarstwa UW znalazłem się i ja. W ostatecznej rozgrywce zmierzyliśmy się z wydziałem dziennikarstwa Uniwersytetu Śląskiego.
W jury zasiedli dwaj dziennikarze: Jerzy Urban oraz Wojciech Giełżyński i rysownik Edward Lutczyn. Po pierwszej części turnieju prowadziliśmy do zera wygrywając 4 konkurencje. W przerwie w bufecie telewizyjnym koledzy z UŚ poprosili nas, aby jednak i oni mogli wygrać jakieś konkurencje. Mówili, że głupio będzie im się pokazać na uczelni po takim laniu. W drugiej części okazało się, że oni też coś umieją. Warszawski wydział dziennikarstwa jednak wygrał.
Konkurencje polegały m.in. na pisaniu krótkich tekstów na zadane tematy. Moje teksty komplementowali dziennikarze w jury. Kiedy po zakończeniu turnieju w studiu pojawił się nie wiadomo skąd kot, Jerzy Urban powiedział, że jest on symbolem drapieżnego dziennikarstwa. Dodał, że próbki moich tekstów cechuje krytycyzm, którym kierować się powinien każdy dziennikarz. Życzył mi sukcesu w zawodzie. W uznaniu Edward Lutczyn podarował mi swój satyryczny rysunek, który do dzisiaj wisi na ścianie mojego pokoju.
Minęło kilka lat. Jerzy Urban był rzecznikiem rządu. Pracowałem w młodzieżowym piśmie. W Jachrance nad Zalewem Zegrzyńskim zorganizowano konferencję zaangażowanej studenckiej młodzieży. Redakcja wysłała mnie. Trafiłem na spotkanie z Jerzy Urbanem. Bardzo uczciwie przedstawił trudną sytuację społeczno-gospodarczą kraju. Wieszczył, że bez reform i dopuszczenia do władzy opozycji socjalizm legnie w gruzy.
Moja rola była bardzo prosta. Relacja to relacja, trzeba w miarę rzetelnie przekazać spotkanie, powstrzymać się od komentarza lub stronniczego wyboru. Tyle.
Temat i udział rzecznika rządu były na tyle atrakcyjne, że redakcja zdecydowała się ten tekst potraktować wyjątkowo i zrobić z niego wiodący materiał numeru. Niestety, cenzor z ulicy Mysiej zażądał, aby zgodę na publikację wydał bohater tekstu tj. Jerzy Urban. Redakcja, chyba czując co się „święci”, wysłała mnie do Urzędu Rady Ministrów. I wtedy po raz drugi spotkałem się z Urbanem. Po przeczytaniu tekstu zaprosił mnie na krótką rozmowę. Nie wyraził zgody na publikację dodając przy tym, że chyba jestem bardzo naiwny licząc na to, że w takim kształcie mogłyby ukazać się jego wypowiedzi. Na moją uwagę, że tak przecież mówił odpowiedział, że temu nie zaprzecza, ale mówił do zaangażowanego aktywu, nie do wszystkich.
Następnego dnia wezwał mnie do siebie redaktor naczelny i powiedział, że minister Urban polecił udzielić mi reprymendy. Otrzymałem zatem ustne upomnienie, redakcja zapłaciła mi za zatrzymany przez cenzurę tekst 50 procent jego wyceny.
I tyle było moich kontaktów osobistych z Jerzym Urbanem. Jeśli Janusz Krupa dostrzeże w tym tekście więcej mnie niż Jerzego Urbana, to mogę tylko przytaknąć.
Na zakończenie cytat z Jerzego Urbana na zarzut, że posługuje się często nieparlamentarnym językiem: - Po prostu mam swobodny i dosadny język. W mojej naturze leży wygłupianie się, wesołość, przekora, prowokacja, skandal.
Podpis pod zdjęcie: Siedzę na ławeczce. Nie ma obok mnie Jerzego Urbana ani Janusza Krupy, jestem sam.
Andrzej Janiec
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Też siedzę sam i bezsilnie zaciskam pięści. Państwo, które winno bronić mnie, właśnie pozbawiło mnie moich oszczędności ulokowanych w obligacjach Getin Noble Bank. W biały dzień z mojego konta wyparowały pieniądze gwarantowane przez BFG i cisza. Polacy nic się nie stało!
Też siedzę sam i bezsilnie zaciskam pięści. Państwo, które winno bronić mnie, właśnie pozbawiło mnie moich oszczędności ulokowanych w obligacjach Getin Noble Bank. W biały dzień z mojego konta wyparowały pieniądze gwarantowane przez BFG i cisza. Polacy nic się nie stało!
No a dzisiaj trzeba wspomnienia z Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy publikować na prowincjonalnym, amatorskim od dekad portaliku. Kiedy miał miejsce ten upadek?
...brzuchmówco...zapewne deklarujesz wszem i wobec swój patriotyzm lokalny np. podając informację „urodziłem się w Dębicy, ukończyłem LO w Dębicy, ożeniłem się w Dębicy, począłem dzieci w Dębicy itd”. Skąd zatem te złośliwości? Frustracja czy kompleksy prowincjusza? Tekst przecież jest ciekawy. Nie każdy może pochwalić się studiami w Warszawie i związanymi z tym ciekawymi zdarzeniami.
Czyli tak: z Urbanem miał pan kontakt dwa razy w życiu i dlatego może pan napisać tylko o tych spotkaniach. Suche fakty, czyste zrelacjonowanie zdarzeń. Rozumiem więc, że jak nie ma pan kontaktu osobistego z innymi osobami, w tym politykami, to o nich pan nie pisze. Nie przedstawi pan przecież swoich jednostronnych opinii, bo to byłoby nieobiektywne i nierzetelne :)
Janku Muzykancie, kompleksy to ma ten, kto na dębickim lokalnym portalu ciągle pisze o Warszawie. Chyba nas tutaj interesuje Dębica, a nie jakieś odległe miasto, nie? A z tego, co wymieniłeś, to tylko urodzeniem w Dębicy się wszędzie chwalę, bo reszta byłaby kłamstwem (nawet tu nie pracuję).
A mnie i wiele innych osób interesuje to. Nie godzę się na zamykanie ust w imię jedynie słusznej prawdy.
Panie Janiec, napisz pan wreszcie na tym swoim blogu prawdę: jakby w Dębicy rządził PiS to byłaby to kraina mlekiem i miodem...STOP! Węglem, prądem, masłem itd. płynąca. A tak pisu ni ma to i nic ni ma!
Też siedzę sam i bezsilnie zaciskam pięści. Państwo, które winno bronić mnie, właśnie pozbawiło mnie moich oszczędności ulokowanych w obligacjach Getin Noble Bank. W biały dzień z mojego konta wyparowały pieniądze gwarantowane przez BFG i cisza. Polacy nic się nie stało!
Też siedzę sam i bezsilnie zaciskam pięści. Państwo, które winno bronić mnie, właśnie pozbawiło mnie moich oszczędności ulokowanych w obligacjach Getin Noble Bank. W biały dzień z mojego konta wyparowały pieniądze gwarantowane przez BFG i cisza. Polacy nic się nie stało!
No a dzisiaj trzeba wspomnienia z Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy Warszawy publikować na prowincjonalnym, amatorskim od dekad portaliku. Kiedy miał miejsce ten upadek?