Autem z napędem spalinowy Marcin Trela jeździł przez 25 lat. O zmianie pomyślał, kiedy zaczął się sypać samochód jego taty. Postanowił kupić auto z salonu, co było dla niego finansowym wyzwaniem, jakiego do tej pory w życiu nie podejmował, a swój samochód przekazać ojcu.
Najpierw więc zapadła decyzja, że tym razem będzie to „sztuka nówka”, dopiero potem zaczął zastanawiać się, jaki konkretnie samochód będzie mu potrzebny.
- Pomyślałem wtedy: może by tak pójść krok dalej i postawić na nową technologię? - opowiada dębiczanin.
Jest człowiekiem pragmatycznym, a przy tym otwartym na wiedzę. Pierwszym krokiem było zdobycie jak najwięcej informacji na temat samochodów z napędem elektrycznym.
- Do tamtej pory z elektrykami doświadczenie miałem niewielkie: jako dziecko dużo jeździłem meleksem i raz przejechałem się skuterem z napędem elektrycznym - mówi pan Marcin.
Decyzja o zakupie elektryka zbiegła się z najgorszym możliwym czasem na takie inwestycje: pandemią. Samochody były drogie, czas oczekiwania na niektóre modele bardzo długi. Zanim elektryczna kia zaparkowała w garażu Marcina Treli minęło 1,5 roku. Samochód wziął w leasing, korzystając z dofinansowania z programu Mój Elektryk.
W przypadku Marcina Treli nowa technologia była pierwszym argumentem za zakupem auta z innym napędem, niż te, którymi jeździł dotychczas. Ale nie tym jedynym. Oczywiście analizował koszty.
- Przy zakupie te samochody wydają się drogie, choć z roku na rok ich cena spada na korzyść wydajności. Za to w eksploatacji są tańsze od spalinowych - wyjaśnia posiadacz elektryka.
Ta kalkulacja była kolejnym argumentem za. Następnym, gdzieś z tyłu głowy świadomość, że elektryk to rozwiązanie o wiele bardziej ekologiczne, niż auto na benzynę czy na gaz.
- To był jeden z komponentów, dodatkowa zaleta. Patrząc na to, co dzieje się z naszą planetą i fakt, że wszyscy jeżdżą i to ma wpływ, pomyślałem, że fajnie byłoby od tego odbić. Wyobraziłem sobie pociąg z cysternami z paliwem i to, ile w całym życiu ja do niego dokładam. To był dodatkowy plus decyzji o kupnie elektryka - mówi Marcin Trela.
Dodaje, że rządy wspierają wszelką elektryfikacje nie bez powodu: wydajność energetyczna napędu elektrycznego to około 90%, napędu spalinowego 25%. To się sumuje w ogromną różnicę zużycia nośników energii. Wyjaśnia, że zaletą jest i to, że nośnik energii w napędzie elektrycznym może być pozyskiwany lokalnie z wielu źródeł i bez transportu i przetwarzania.
Cieszył się także że odpadnie mu tankowanie, smród benzyny, który zawsze mu przeszkadzał, ale nie spodziewał się, że jazda nowa kią będzie miała jeszcze jeden komfortowy dodatek. Ciszę.
- Komuś, kto ma z tym do czynienia pierwszy raz, trudno się przyzwyczaić. Trzeba przeskoczyć tę barierę dźwięku, bo w elektryku wszystko dzieje się cicho. Dodaję gazu i nie mam tego feedbacku w postaci odgłosu - mówi.
Do jazdy elektrykiem trzeba się po prostu przyzwyczaić, bo brak hałasu i zapachu spalin to nie jedyna różnica pomiędzy prowadzeniem auta o tradycyjnym napędzie. Pan Marcin spodziewał się wysokiego progu trudności w opanowaniu nowej technologii, ale rzeczywistość miło go zaskoczyła.
- Odpada ten cały rytuał ze sprzęgłem, biegami, którego niektórzy nie lubią. Trzeba się tylko nauczyć, żeby mieć czułą nóżkę - żartuje właściciel kii.
I dodaje, że jego żona Barbara, która nigdy nie przepadała za prowadzeniem auta, choć od dawna ma prawo jazdy, coraz częściej siada za kierownicą elektryka. To jej samochód zawdzięcza pieszczotliwe imię.
- Nazywamy go Meleś, od meleksa. Tak się już w rodzinie przyjęło - wyjaśnia Marcin Trela
Elektryczną Kia Marcin Trela jeździ od 2023 roku. I jest przekonany, że pod względem ekonomicznym, to był najlepszy wybór. Jeśli chodzi o koszty paliwa, jazda elektrykiem kosztuje go 3 do 5 razy taniej niż tankowanie benzyniaka. Nie bez znaczenia jest posiadanie paneli fotowoltaicznych. Stanowisko ładowania znajduje się w garażu. Po napełnieniu baterii koszt przejechania 100 km zamyka się kwotą około 10 zł. No, chyba że jedzie się z dużą prędkością po autostradzie, wtedy spalanie wzrasta.
Pana Marcina przed zakupem elektryka nie powstrzymały opinie, że będzie miał problemy z ładowaniem, a spotykał się z nimi niejednokrotnie. Wprawdzie z publicznych ładowarek korzysta rzadko, ale uważa, że problem z dostępnością do nich to mit. Większy kłopot może stanowić opanowanie sposobu ładowania, ale nie dla ludzi, którzy chcą się uczyć i którzy są otwarci na technologiczne nowinki. Przyznaje, że nie lubi ładowania w trasie, najczęściej baterie uzupełnia u siebie.
- Wyjeżdżam na pełnej, wracam z pustą. Podpinam na noc i rano mogę jechać - mówi.
Jeśli jedzie spokojnie i z umiarkowaną prędkością, na pełnej baterii pokonuje około 460 km. To wartość umowna, bo w praktyce zasięg waha się od 350 do 520 km. Kiedy wyjeżdża gdzieś dalej, zawsze upewnia się, czy w hotelu czy pensjonacie, gdzie się zatrzymuje, jest stanowisko do ładowania.
Otwarcie mówi, że są i takie obawy, które mają pokrycie w rzeczywistości.
- Zimą zasięg maleje, więc trzeba to mieć na uwadze (zimowe opony, śnieg na drodze, ogrzewanie kabiny). Ale to są problemy przez krótki czas, jak jest ogólnie przerąbane na drodze. A z mitów śmiesznych, że trzeba jeździć bez ogrzewania. Tymczasem w baterii jest prądu na 40-60 godzin ogrzewania - mówi.
Dodaje, że ogrzewanie obniża zasięg o maksymalnie kilkanaście procent.
- Z plusów zimowych: nie trzeba odśnieżać, skrobać. Przed jazdą z telefonu włączamy ogrzewanie, odszranianie 15 min wcześniej i wsiadamy do auta nagrzanego - zapewnia pan Marcin.
Wspomina też o składnikach baterii, które często są demonizowane w opiniach zwolenników aut z tradycyjnym napędem. Jego zdaniem kadm, nikiel, lit, są kosztowne środowiskowo, ale recyklingowalne w ponad 95%. Nowe technologie baterii LFP już nie korzystają z manganu, niklu, kadmu. A najnowsze sodowe już bez litu.
- Chemia baterii zmienia się bardzo szybko - twierdzi.
Taka bateria może działać bez konieczności wymiany przez około 10-15 lat.

Marcin Trela swojej kii nie zamieniłby już na auto z tradycyjnym napędem. Reakcje, z jakimi się spotkał po zakupie samochodu początkowo były różne. Od zdziwienia, że wybrał właśnie taki, po zaciekawienie. Znajomi, z którymi czasami jeździ, szybko przekonali się, że dokonał dobrego wyboru. Przekonał się również nastawiony sceptycznie sąsiad. Dziś korzysta z jego stanowiska ładowania i ciągle nie może się nadziwić, że to tak niewiele kosztuje.
Ale tego typu samochodu Marcin Trela nie poleca każdemu kierowcy, bo nie wszyscy będą mogli w pełni odczuć korzyści, jakie przynosi jego posiadanie.
- Jeżeli ktoś nie ma garażu, jeździ w bardzo dalekie trasy, w ogóle nie powinien się nad tym zastanawiać. Jeśli nie ma instalacji fotowoltaicznej, też powinien się mocno zastanowić - przestrzega.
Wiedzę o tym, jak sprawują się tego rodzaju auta, poleca czerpać z takich źródeł jak internet, gdzie na kanale You Tube bez problemu można znaleźć filmy osób, które elektryki już kupiły i użytkują na co dzień. Ale, jego zdaniem, najpewniejsza jest informacja od kogoś, kogo spotyka się na ulicy, a najlepiej od znajomego, który czarno na białym przedstawi zalety i wady takiego wozu. Choć tych ostatnich zdaniem pana Marcina, naprawdę nie ma wiele.
Za przejaskrawione uważa historie o samozapłonach w samochodach elektrycznych. Choć nie przeczy, że się zdarzają i że są trudne do ugaszenia, przekonuje, że o wiele częściej palą się samochody z silnikami spalinowymi.
Z raportu bezpieczeństwa pożarowego opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności we współpracy z Państwową Strażą Pożarną wynika, że w 2024 roku odnotowano w Polsce 30 pożarów samochodów elektrycznych (BEV), co stanowi 0,31% wszystkich pożarów pojazdów. Dla porównania, pojazdy spalinowe odpowiadały za 98,85% przypadków w naszym kraju.
Jako jedną z głównych zalet elektryków wymienia to, że w tych autach nie ma się co zepsuć, dlatego nie ma konieczności ciągłych napraw i wymiany części. Dla właściciela to oszczędność czasu, pieniędzy i...nerwów.
- Cała budowa takiego auta jest bardzo prosta. W przeciwieństwie do tych z tradycyjnym napędem - mówi.
Z wykształcenia technik elektronik na co dzień interesuje się nowinkami technicznymi i ich wykorzystaniem w codziennym życiu.
- Najpierw panele fotowoltaiczne i własny prąd, teraz samochód ładowany prądem z nich - kiedyś nie do pomyślenia. Człowiek powoli staje się coraz bardziej niezależny i to jest świetne - mówi.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Nowoczesne jednostki benzynowe mają sprawność 30%, diesle 40%. Elektryk owszem 90, ale zapomnieliście o 40% sprawności elektrowni która produkuje prąd dla tego 90% elektryka . Ten elektryk też dymi tylko w Połańcu a nie w Dębicy. Dolicz straty sieci energetyczntch sięgające10%. To propaganda nie ekologia.
No, chyba że jedzie się z dużą prędkością po autostradzie....i jest zima, i masz wlaczone radio i ladujesz telefon i wlaczana jwstklimatyzacja....to wtedy lipa, jedxiesz nie w trase tylko do najblizszej ladowarki:/
Nowoczesne jednostki benzynowe mają sprawność 30%, diesle 40%. Elektryk owszem 90, ale zapomnieliście o 40% sprawności elektrowni która produkuje prąd dla tego 90% elektryka . Ten elektryk też dymi tylko w Połańcu a nie w Dębicy. Dolicz straty sieci energetyczntch sięgające10%. To propaganda nie ekologia.
No, chyba że jedzie się z dużą prędkością po autostradzie....i jest zima, i masz wlaczone radio i ladujesz telefon i wlaczana jwstklimatyzacja....to wtedy lipa, jedxiesz nie w trase tylko do najblizszej ladowarki:/