Reklama

Lubow Wiśniewska: na razie proszę tylko o modlitwę

Już po godzinie szóstej rano mieszkankę Brzostku Lubow Wiśniewską obudził sąsiad. Zaczyna pracę wcześnie rano, włączył komputer i przeczytał o inwazji Rosji na Ukrainę. Od niego usłyszała pierwsze słowa wsparcia, w ciągu dnia płynęły kolejne.

Z Lubow Wiśniewską i jej córką Weroniką pierwszy raz spotkałem się w sierpniu 2014 roku. Mieszkały w Brzostku już od trzech lat. Wtedy też powstał poniższy artykuł, który opublikowany został w Obserwatorze Lokalnym, a dziś zamieszczam jego zaktualizowaną wersję.

- Mamo, ja chcę zostać u‡ taty w Brzostku - usłyszała przed jedenastoma laty Lubow Wiśniewska, kiedy odebrała we Lwowie telefon od córki Weroniki. To te słowa sprawiły, że żyjąca przez czternaście lat w‡ rozłące ukraińska rodzina, rozpoczęła nowy rozdział.

Reklama

Igor Wiśniewski jest z wykształcenia anglistą. Do Polski, gdzie koło Wrocławia ma rodzinne korzenie, przyjechał w 2000 roku. Uczył języka angielskiego najpierw w Szczecinku, ale do Lwowa było stamtąd za daleko. Dlatego szukał pracy bliżej granicy i znalazł ją w Brzostku, w gimnazjum.

Córka przyjeżdżała do niego na wakacje. Za każdym razem coraz bardziej zżywała się z nowym miejscem i choć to z Ukrainą wiązała swoją przyszłość, w 2011 roku zmieniła zdanie. Kiedy powiedziała o tym mamie, ta była w szoku. Bo miała pracę, uczyła religii. Była równocześnie szkolnym psychologiem. Choć nie zarabiała kokosów, to czuła się w miarę pewnie. Ale w końcu zdecydowała się złożyć wypowiedzenie.

Reklama

- Chciałam, żebyśmy znowu byli razem i mi się to udało - mówi Weronika Wiśniewska.

Choć dla niej oznaczało to pójście do polskiej szkoły (wtedy do II klasy gimnazjum), wejście w nowe środowisko, naukę nowego języka, który znała do tej pory bardzo pobieżnie. O tym, z jaką determinacją do tego podeszła, niech świadczy tylko jeden fakt: czerwony pasek na świadectwie ukończenia gimnazjum.

W czerwcu 2014 r. zdała do II klasy Liceum Ogólnokształcącego w Kołaczycach. I zaczynała myśleć, co będzie robić po maturze. Zdecydowała się na bezpieczeństwo wewnętrzne na Politechnice Rzeszowskiej. Teraz jest już jego absolwentką i pracuje.

Reklama

Weronika, podobnie jak jej ojciec, miała już polskie obywatelstwo, Lubow Wiśniewska jeszcze czekała na jego przyznanie. I w końcu się doczekała. Z Polską i Brzostkiem rozstawać się nie zamierzają. Podoba im się życzliwość, z jaką zostali przyjęci. Zetknęli się z nią szczególnie w 2014 roku, po pierwszych w tym stuleciu dramatycznych wydarzeniach na Ukrainie. Lubow Wiśniewska mówiąc o tym, ma łzy w oczach.

- Bez łez nie da się mówić o tym. Dziękuję za każde życzliwe słowo i modlitwę. To dobrze czuć wasze wsparcie - podkreśla.

Jej mama Irena, która mieszka w Olesku (75 km na wschód od Lwowa), nosiła się wtedy nawet z zamiarem napisania listu, by proboszcz parafii Brzostek odczytał go z ambony. Bo, jak mówi Lubow Wiśniewska, czasem ktoś ich nawet dobrze nie zna, a wyraża swoje współczucie.

To dlatego czuje, że znalazła swoje miejsce na ziemi. W Brzostku żyje się jej cicho, dobrze i spokojnie. I martwi ją tylko sytuacja rodziny za wschodnią granicą.

Reklama

Tak było osiem lat temu. Dziś w dniu agresji Rosji na Ukrainę martwi się jeszcze bardziej. O mamę, siostrę i jej dzieci. Cały czas jest z nimi w kontakcie, bo jest to dla wszystkich bardzo trudny czas.

- Tam, gdzie mieszka mama z trzech stron w promieniu 30 km są jednostki wojskowe, wszystkie zostały zaatakowane. Siostra też we Lwowie w pobliżu jednostki i będą ich prosić o opuszczenie terenu - opowiada Lubow Wiśniewska.

Starają się jednak nie wpadać w panikę, choć spotykają się z kolejnymi niedogodnościami. Zaatakowane zostały systemy bankowe, nie można było dziś opłacić rachunków. Nie wiadomo jak długo będzie jeszcze działać telewizja i internet.

Reklama

Kiedy pytam, czego teraz najbardziej potrzebują ludzie mieszkający na Ukrainie, od razu odpowiada, że modlitwy, bo tylko Pan Bóg już może im pomóc. Ale po chwili dodaje, że kto wie, czy już wkrótce nie będzie potrzebna także krew, jeśli z linii frontu do szpitali przywożeni będą ranni żołnierze.

- Wydaje się, że ta wojna nie skończy się prędko - obawia się mieszkająca w Brzostku Ukrainka z polskim obywatelstwem.

Podkreśla, że w jej ojczyźnie nikt o Władimirze Putinie nie mówi, że to prezydent Rosji, jest tam nazywany diabłem z krwi i kości. Na razie uderzył na Ukrainę, ale Europa i świat też - jej zdaniem - nie mogą być spokojne o swoje jutro.

Reklama

Dlatego jest wdzięczna wszystkim sąsiadom i znajomym w Polsce, od których od rana odebrała wiele słów wsparcia wyrażanych czy to w rozmowach telefonicznych, czy też w smsach. Przy okazji deklarują też swoją pomoc, jeśli taka będzie tylko potrzebna.

- Ja pojadę od razu do sanktuarium w Przeczycy i zamówię mszę św. w intencji Ukrainy - mówi burmistrz Wojciech Staniszewski, który od lat pozostaje w przyjacielskich stosunkach z mieszkańcami tego państwa.

Cały czas jest w kontakcie z nimi. Dlatego wie, że czołgi jadące od Białorusi, o których od rana informowały media, stoją koło Gorodina, a stąd już bardzo blisko do zaprzyjaźnionej z naszymi samorządami gromady Pliszki.

Reklama

Od ludzi tam mieszkających dowiedział się także, że nie zamierzają opuszczać swoich domów i uciekać. Będą się bronić.

Czytaj także: Ze światłem dla Ukrainy na Rynku

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Stefek albo Wandzia - niezalogowany 2022-02-24 23:26:39

    Czy przedstawiciele państwa/samorządowcy mogą przestać zamawiać msze za to, żeby coś się wydarzyło, tylko czynić ku temu realne, konkretne kroki? Prywatnie niech sobie notable wierzą w co chcą, ale gdy czytam że Burmistrz komentuje tę sytuacje tak, że będzie zamawiał mszę w sanktuarium, to mi się bebechy przewracają. Opamiętaj się panie Staniszewski

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama