W piątek 21 listopada zespół wystąpi w Gastropubie George w Dębicy w ramach koncertu Raz Na Rok 3.
Usta Syracha, czyli jedna z najpopularniejszych w regionie grupa reggae, powstała w 1992 roku z inicjatywy Roberta Robura Cesarza, który został jej wokalistą i liderem. Zespół, w różnych składach, działał do 1999 roku. Wydał trzy kasety i zagrał ponad sto koncertów w całej Polsce.
Pomysł, by zespół w tym najważniejszym składzie ponownie spotkał się na scenie kiełkował w głowach muzyków już od wielu lat. Do poważnych decyzji doszło jednak dopiero dwa lata temu i do tego czasu jego członkowie, mimo że rozsiani po Polsce i świecie, zaczęli spotykać się na próbach.
– Koncert planowaliśmy od dawna, ale dopiero Gumiś nas przycisnął, bo stwierdził, że jest lokal, jest termin i gramy – twierdzi Wojciech Popek Podobiński, gitarzysta grupy, mając na myśli Pawła Gumisia Paśko, jednego z organizatorów tego wydarzenia i wokalistę zespołu Nic Śmiesznego, który też na nim wystąpi.
W sumie w Gastropubie George będzie można usłyszeć trzy formacje, które działały w latach dziewięćdziesiątych, czy dwutysięcznych, a które reaktywowały się w ostatnich latach. Prócz reggaeowych Ust Syracha również hard core punkowe Nic Śmiesznego i thrash punkowego Procuratora. Impreza rozpocznie się o godz. 19:00, ale lokal zostanie otwarty już godzinę wcześniej. Bilety w cenie 30 zł kupić będzie można bezpośrednio przed koncertem. Osoby, które nie ukończyły 18 roku życia wchodzą za darmo.
Usta Syracha wystąpią w składzie: Robert Robur Cesarz - wokal, Wojciech Popek Podobiński - gitara, Tomasz Bufik Buff - gitara (w zastępstwie za Małgorzatę Gobi Cesarz), Bartosz Kozicki - bas, Marek Gogo Gorczyca - perkusja.
Przy tej okazji przypominamy wywiad przeprowadzony kilkanaście lat temu z Roburem i Popkiem, w którym opowiadają dużo o historii zespołu.
fot. Soul Revolution Party - Cisna - 11 sierpnia 1994 r.
Złośliwość rzeczy martwych dała jednak znać o sobie już na początku rozmowy. Jak się później okazało pierwsze kilka minut wywiadu nie zarejestrowało się.Robur opowiadał w nim jak podczas jednego z koncertów organizowanych przez Pielgrzyma z Tarnowa (m.in. organizator koncertów, wydawca kaset i reggae zina „I and I”) robił za ochroniarza i wpadł na pomysł założenia zespołu. Tak narodziły się Usta Syracha. Na początku miał to być projekt akustyczny, ale kiedy zespół trafi ł na koncert Tribute to Peter Tosh w Rzeszowie i zagrał tam z pożyczonymi gitarami elektrycznymi okazało się że tak już zostanie do końca. Przejdźmy jednak do rozmowy…
Po koncercie na Toshkach zaczęliście już grać regularnie…
Robur: Tak jest. Zagraliśmy jakieś dwa koncerty na Śląsku. Jeden poza tym był jeszcze w Graffiti zagrany w międzyczasie.
A jakie to były lata?
R: Wiesz co latami to nie chcę operować. Ale tak mniej więcej to 1991 może…ale z czasem się wszystko zlewa. A potem wyszła historia że Bukiet i Borer chcieli grać inną muzykę. Myśmy nie chcieli zmieniać. Jakimś cudem poznaliśmy Goga, nie pamiętam już nawet kto go przyprowadził wtedy na próbę. Siadł za garami, dobrze mu to szło.
Popek: Gogo doszedł do zespołu pierwszy. Później przyprowadził Bartka, a potem okazało się że brakuje gitarzysty więc oni przyprowadzili mnie
Czyli wychodzi na to że we trzech doszliście do zespołu w jednym czasie?
R: Plus jeszcze Asia po nich doszła z drugim wokalem.
P: Na pewno było to w bardzo krótkim okresie czasu. A teraz patrząc na te lata można powiedzieć że weszliśmy razem.
Wszyscy trzej graliście wcześniej w metalowej grupie Nemezis. Jak doszło do tego że przerzuciliście się z metalu na reggae?
P: Wiesz, wtedy chcieliśmy coś w ogóle grać więc graliśmy metal bo tego słuchaliśmy. Pamiętam np. jedną z rozmów na przystanku w pustyni, bo graliśmy w Pustyni w Domu Kultury. Jeszcze będąc członkiem Nemezis, zespołu który miał więcej nazw niż kawałków. Z Bartkiem i Bolem gadaliśmy tak że: „kurcze, może byśmy coś innego pograli?…No ale co? No nie wiem co..” No i graliśmy metal. Wtedy wszyscy słuchali metalu. Moi znajomi, mój brat, koledzy brata. Po bracie też się przejmowało pewne rzeczy. Pewne rzeczy zawdzięczam metalowi. A w każdym razie wiem że chcieliśmy grać coś innego i w pewnym momencie to się samo jakoś tak ładnie rozpierpadło. Potem była przez jakieś tam 2-3 tygodnie pustki a później pojawiła się możliwość grania w Ustach. Chęć grania zwyciężyła. Poszliśmy do nich na próbę i nam się spodobało. To było totalnie coś innego. Zupełnie coś innego ale było fajne. Można się było wykazać muzycznie i tak się zaczęło.
fot. Małgorzata Gobi Cesarz i Bartosz Kozicki - Czad Reggae Festival - Dębica, kawiarnia Morsy - 21 grudnia 1996 r.
Na początku to było takie czyste reggae z biblijnymi tekstami.
R: Nie, nie tylko. Ale głównie jakieś tam psalmy śpiewaliśmy. Ale później to zaczęło się to rozkręcać.
P: Ale nie do końca tak było bo psalmy towarzyszyły nam przez dłuższy okres. To nie było tak że tylko na początku były teksty biblijne. Po prostu to cały czas się gdzieś tam pojawiało.
R: To się wiązało z wartościami którym hołdowaliśmy w pewnym sensie.
P: Które z resztą zaczęły wpływać na resztę zespołu.
I rzeczywiście identyfikowaliście się z tymi tekstami? Robur na pewno jeśli je śpiewał. A reszta?
P: Wiesz ja wcześniej grałem w zespole metalowym gdzie teksty na pewno się różniły. Ale tam to chodziło głównie o chęć grania na gitarze a nie o teksty. Tak że wiesz jakoś to przeszło tak płynnie, łatwo.
R: Wiesz, nie o to chodzi że byliśmy tacy czy inni. Te naturalne wartości zawsze były gdzieś tam z nami. Nie o to chodzi czy to była Biblia czy nie. Jakieś takie pozytywne wartości które zawsze gdzieś tam się pokrywają.
Ok. wróćmy więc do zespołu. Doszli Popek, Gogo i Bartek i co dalej?
R: Zaczęliśmy grać trochę razem. To było praktycznie od zera prawie zaczynanie, ale nie było źle bo mieliśmy już jakieś tam kontakty nawiązane i potem to były już tylko takie historie: „no chłopaki, wtedy gramy koncert!”. I zawsze to był taki dreszczyk, że się przychodziło i ktoś tam dzwonił do nas że jest jakiś koncert i czy byśmy nie zagrali. Jeszcze wtedy to wszystko było dość lokalnie, gdzieś tam w Rzeszowie…
P: Chyba pierwszy koncert który razem zagraliśmy, choć nie jestem do końca pewny czy pierwszy ale mi utkwił w pamięci. Na Dniach Dębicy, na samym środku Rynku.
R: Ale nie było już wtedy „Karolka”?
P:Nie. I wtedy był konkurs w którym można było wygrać mikrofon.
A to był ten koncert kiedy Farben Lehre i Zamach Stanu grali?
P: Tak, chyba tak. W którymś z dębickich zespołów grał na basie gościu który teraz jest policjantem. Pamiętam że trochę się bał wystąpić bo nie bardzo
potrafił grać. A potem jak mi ukradli magnetofon z auta to wchodzę na komendę zgłosić a on tam siedzi i stuka w maszynę. Ale nie pamiętam kto wygrał ten mikrofon.
fot. Popek, Gogo, Robur i Gobi w studiu.
I to był wasz pierwszy koncert razem?
R: To był raptem po dwóch czy trzech tygodniach wspólnego grania.
P: To były trzy albo cztery próby.
R: Z marszu zagraliśmy. Potem długo, długo w Dębicy nie graliśmy. Zagraliśmy dopiero po dobrym roku chyba.
P: Graliśmy wszędzie ale nie w Dębicy.
R: W końcu jednak mieliśmy zagrać w Morsach w kawiarni. To był okres postu i dlatego mogliśmy w ogóle zagrać. Baliśmy się czy w ogóle ludzie przyjdą. A wtedy tak dowaliło ludzi że w ogóle nie można było wejść. Graliśmy wtedy sami. Zagraliśmy wszystko w dwóch blokach. Z przerwą, ale zrobiliśmy wtedy kupę coverów. Takich kawałków tylko na ten koncert.
P: Była naprawdę masa ludzi. Ale to był wtedy dużo mniejszy lokal niż dziś Meduza. Ale szaleństwo było.
Graliście wtedy tak jakby pod patronatem DK Mors. Mieliście próby w Morsie.
R: Tak, tak. Bo zaczęło się od tego że jeszcze grając na samym początku, graliśmy w domu. Boguś, klawiszowiec zaczął się więc kręcić za znalezieniem miejsca. No i w Morsach się dogadał z kimś. I dostaliśmy salkę, dostaliśmy trochę sprzętu który mogliśmy używać. I w tym momencie oni zaczęli… bo to nigdy nie ma nic za nic, nie? Myśmy grali sobie tam próby, a oni za to korzystali z nas na swoich dziwnych imprezach które sobie tam robili, jakieś festyny itp. To było dla nas trochę uciążliwe, bo to nie pasowało do jakiegoś tam naszego patrzenia na to wszystko. Natomiast było to nieodzowne. Układ za układ.
Z ich strony to był uczciwy układ.
R: No wiesz, myśmy też w sumie korzystali z tego. Już za czasów kiedy dyrektorem był Robert Kuźniar. On pomógł znaleźć nam sponsora na wydanie kasety
„Kamienowanie miastożyja”. Poza tym nieraz nam załatwiali samochód jeśli jechaliśmy gdzieś na koncert. Była taka historia, graliśmy gdzieś koncert na Śląsku, w Rybniku chyba graliśmy koncert. A na drugi dzień musieliśmy wrócić bo był koncert gdzieś przy Kościele.
P: No tak! Za to nas wyrzucili z Morsów przecież…
R: Nie wyrzucili nas.
P: A być może to później było. W każdym razie mieliśmy grać pod kościołem a nie dotarliśmy tam. Bo wróciliśmy na czas ale stwierdziliśmy że to jakiś obciach będzie i nas za to wyrzucił z Morsów już ich późniejszy dyrektor - Ożóg.
A graliście jakieś koncerty takie właśnie zupełnie obciachowe?
R: Tak! Po prostu czasami dawaliśmy d**y. Bo to po prostu było coś za coś. Wtedy jeszcze Igloopol w miarę prosperował, więc były czasem takie historie…
A np. koncert na imprezie Raju zagraliście też dzięki D.K. Mors?
P: Nie. Graliśmy na Raju już wcześniej. Graliśmy na Raju jak był gdzieś na Śląsku. Nie pamiętam miejscowości. W Katowicach chyba. I tam m.in. ten Raj organizował dębiczanin grający później w Bratankach – Adam Prucnal. Wracaliśmy z nim z resztą po tym koncercie w Katowicach. Bo sam zaproponował , że jedzie do Dębicy i jeśli chcemy to możemy z nim jechać. Tak więc ja i Gogo się z nim zabraliśmy.
R: Pamiętam byłem wtedy strasznie wściekły bo myśmy zagrali tamten koncert, wszystkie kapele skończyły grać i podszedł właściciel tej knajpy i zapytał czy zagramy jeszcze raz, bo ludzie chcieliby żebyśmy jeszcze zagrali. A ja taki wściekły: kurde pojechali sobie! Nie możemy zagrać !!!
fot. Reggae Christmas - Pod Przewiązką, Kraków - 18 grudnia 1993 r.
A propos znanych dziś kapel, to to co mnie zdziwiło to jak Robur opowiadał że pierwszy koncert zagrali z Brodą z Habakuka. W tej chwili Habakuk jest jedną najpopularniejszych polskich grup reggae.
P: Ale tak naprawdę to myśmy grali z czołówką wtedy polskich kapel reggae.
R: Z Bakszyszem graliśmy, z Dread Lion, Stage of Unity.
A gdzie zagraliście najlepszy koncert? Gdzie i z kim? Taki który najmilej wspominacie.
R: W Ostrowcu Świętokrzyskim. Ja najlepiej wspominam ten koncert.
P: Pojechaliśmy wtedy ze śp. Wojtkiem „Krzywym”. Faktycznie to był koncert z******ty. Zbyszek wtedy nie mógł jechać i dał mu samochód. Transitem wtedy
pojechaliśmy.
R: Graliśmy jako ostatnia kapela.
P: To były w zasadzie jakieś Dni Ostrowca. Wiesz – impreza na rynku.
R: Ten koncert miał się o 22 skończyć. Ale z takim powerem wtedy zagraliśmy, taki był klimat niesamowity…
P: W ogóle bywały więcej takich koncerty i tego nie da się opisać, że np. fajny koncert, bo jest dużo ludzi, mało ludzi…
A od czego to zależało?
P: Właśnie nie wiadomo. Nagle coś się pojawiało na scenie, w nas. Coś co powodowało że niezależnie od publiki, ilości publiki, miejsca fantastycznego czy mniej fantastycznego od żadnych takich rzeczy - coś się pojawiało. Taki feeling był na scenie że można. Ja naprawdę nie zapomnę paru koncertów, i tu muszę przede wszystkim powiedzieć – straszne uznanie dla Goga i Bartka. Bo dla mnie to jest idealna sekcja. Bo wiadomo że np. Robur robił swoją robotę, ale to była sekcja i był taki moment w naszym graniu że z Bartkiem i z Gogiem było pewne, bez patrzenia na siebie na scenie. Przez cały koncert nawet nie musieliśmy na siebie spojrzeć że było wiadome że nie kończymy tego kawałka. Dlatego że był taki feeling że dalej to już była improwizacja.
R: Zmiana rytmu, jakieś tam przystopowania.
P: Tak. I to było czuć. To nie tak że ktoś pokazywał że teraz zaczynamy improwizować. To było po prostu czuć. I ja dlatego marzę żeby jeszcze kiedykolwiek zagrać z taką sekcją jak Gogo i Bartek. Powiem wam jeszcze że nikt może nie doceniał nigdy Bartka, bo Gogo walił w bębny i to było słychać. Bartek to był chłopak który niby bąkał na basie, niewiele się przy tym ruszając, ale robił to tak genialnie i tak subtelnie że miało to naprawdę za*****ty sens i w tym była muzyka.
fot. Reggae Christmas - Pod Przewiązką, Kraków - 18 grudnia 1993 r.
A wspomniałeś Popek kiedyś o jakimś koncercie, gdzie graliście na dachu jakiegoś budynku.
P: Na kiosku graliśmy :)
No ale dlaczego graliście na dachu kiosku?
R: Kiosek się nazywał „U Władka”.
P: Koncert w Rabce graliśmy. Kawał drogi. Pamiętam że przed samą Rabką prawie przejechaliśmy rowerzystę. Facet się wyrżnął na rowerze i kierowca tylko cudem go ominął. Przyjechaliśmy do Rabki i oczywiście nikt nie wiedział gdzie jest knajpa „U Władka” :) Okazało się że to jest w parku. To był nawet taki deptak.
R: A myśmy pytali o knajpę.
P: W końcu jednak dojechaliśmy do tego kiosku.
A to Władek organizował koncert?
R: Nie, nie. Organizatorami byli goście którzy grali kiedyś w jakiejś reggaeowej kapeli. Jeden z nich wyjechał do Niemiec. I on przyjechał i zebrali się na ten jeden koncert.
P: Nie. To nawet nie to że oni się zebrali. Ten gość wyjechał do Niemiec i tam zarobił kupę kasy bo był stomatologiem i stwierdził że on sponsoruje wszystko. I dlatego u pana Władka jeśli się podeszło i powiedziało że „proszę piwo, colę i chipsy – dla kapeli” to pan Władek dopisywał do kapeli. I w pewnym momencie wszyscy pili „dla kapeli”. A pan Władek zaczął jarać jointy ze wszystkimi. A myśmy grali na dachu.
Ale czemu właśnie na dachu?
P: No bo gdzie? Żeby nas było widać?
R: Pamiętam że taka historia była charakterystyczna, bo w ogóle była pogoda deszczowa. Nie było wiadomo czy ten koncert się w ogóle odbędzie. W sumie ten deszczyk trochę ustąpił, ale ludzi przyszło może ze 20-30 na ten koncert. I cała historia była taka, że wtedy odpuściliśmy sobie trochę. Potem były problemy z wyjściem na ten kiosek…
P: Bardziej wysportowani nie mieli problemów :)
R: Więc żeby wyjść na ten kiosek, który miał pewnie z dwa i pół metra trzeba było się nasprężać.
P: Ale nie zapomnę motywu, jak któryś z nas się gdzieś pomylił i Gogo dostał takiej strasznej śmiechawy że nie mógł grać. Zaczął gubić rytm.
R: Ale tam w ogóle bardzo nierówno zagraliśmy. Ale jak „u pana Władka” na dachu to i tak dobrze.
P: I to było genialne, że gość który to sponsorował musiał gdzieś nas słyszeć. Tzn. o nas słyszeć bo on cały czas w Niemczech mieszkał. I że on sobie zorganizował taką imprezę. To był czad.
fot. Usta Syracha - gdzieś, kiedyś, po jakimś koncercie...
A wspominacie często że dużo graliście na Śląsku. Ten Śląsk był taki reggaeowy wtedy?
P: W tym okresie na Śląsku ten ruch działa tak jakoś bardziej. Więcej było tam koncertów po prostu.
R: Może to wynikało z tamtego zagęszczenia?
Ale to były koncerty reggaeowe czy w ogóle?
R: Później to nie tylko na reggaeowych graliśmy.
P: Pamiętasz graliśmy w jednym dniu dwa koncerty. I ten jeden pierwszy koncert który był dużo wcześniej okazał się koncertem takim skinowsko reggaeowym.
R: Tzn. to był taki koncert…Łysy w każdym razie go organizował.
P: Po nas kapele grały takie typowo skinowskie.
R: Wiesz. Ktoś dzwoni do ciebie, nie wiesz kto cię zaprasza itd. Ale ja pamiętam jeszcze inną historię. Jak pojechaliśmy na koncert, na Raj chyba pojechaliśmy, a cały czas jeszcze w telegazecie była informacja że mamy grać jeszcze drugi koncert gdzieś tam w innym miejscu. I pojechaliśmy w tamto miejsce i wszyscy mówili: o Usta przyjechały, Usta! I grała taka kapela Skankan. I ktoś mówi: wiecie co? Mo że nie wchodźcie bo chłopaki fajnie grają, a oni mieli z pięć kawałków wtedy i czwarty raz już to grali! I Gogo zobaczył że oni tam nie mieli żadnych pieców, nic. Wszystko było na linie podłączone i mówi: wiecie co? Chodźmy spieprzajmy stąd!. I wróciliśmy do Katowic z powrotem na ten poprzedni koncert.
Robur może ty pamiętasz, bo Popka pytałem już kilkakrotnie i nie może sobie przypomnieć. Graliście podobno w Mielcu z Oi Polloi.
R: To była w Nowym Targu impreza.
P: Tak. Gogo był na wycieczce klasowej i na ten koncert dojechał pociągiem. Z Zakopanego dojechał.
R: Wtedy bodajże koncert otwierała kapela Gustawa – Stradoom Terror. Oni go otwierali i myśmy grali po nich. I o dziwo byliśmy tam bardzo fajnie przyjęci. Bardzo fajnie wspominam ten koncert. Oi Polloi to była angielska kapela, ja pamiętam dokładnie że grali takiego ostrego crusta. To był nasz pierwszy koncert w Nowym Targu. Drugi graliśmy już z Fatem. Ale za pierwszym razem mieliśmy właśnie taki totalny feeling, taki polot. A za drugim razem mi się już tak dobrze nie grało.
P: I teraz mi się przypomniało właśnie jak wycieczka z Zakopanego przyjechała. Przecież wtedy chodziliśmy do średniej szkoły. Cholera, wszystko mi się przypomniało. Ja muszę mieć taki delikatny bodziec.
A jak wspominacie Reggae Christmas 1993 w Krakowie?
P: Oooo! Dla mnie to było chyba największe wydarzenie.
R: Nagranie z tego koncertu wyszło, Pielgrzym wydał kasetę z tego pierwszego Reggae Christmas. Pamiętam, graliśmy wtedy w pierwszym bloku. Na drugi rok też było reggae Christmas tylko że nie było „Pod Przewiązką” było w innym miejscu. A może „Pod Przewiązką” jeszcze raz. I co ciekawe, kapele które grały w pierwszym bloku amatorskim, jechały na własny koszt zagrać. A na drugi rok też nas zaprosił do tego pierwszego bloku. Jak przyjechaliśmy na miejsce, on się pyta czy by nam nie przeszkadzało zagrać w tym drugim bloku. Tych kapel takich zaawansowanych, takich znanych i że nam wróci koszty. To ja w szoku! Graliśmy wtedy obok Dread Lion, graliśmy koło Świetlickiego.
P: Myśmy grali ze Świetlikami, Trava Dub Band, Dread Lion. W ogóle przyjaźniliśmy się z bębniarzem z Travy.
R: Mieliśmy w ogóle bardzo fajne relacje z Marcinem, wokalistą Travy. A najbardziej chyba przyjaźniliśmy się z Jafią. Z Jaffia Namuel.
A nie z Grastą?
R: Wiesz co Grassta to była inna historia…
P: Grasta to była taka przyjaźń lokalna bo oni grali blisko nas. Ale myśmy się bardzo z Jaffia Namuel polubili.
fot. Gogo i Popek - Czad na Zamku - 1 lipca 1995 r.
Jaffia Namuel zagrał z wami na koncercie promującym „Kamienowanie Miastożyja”.
P: Tak, a oni nas potem za to zaprosili do siebie na koncert do Piły. Pamiętam że zaprosili nas na jakiś za*****ty obiad dwudaniowy. Pamiętam że byliśmy w szoku. Myśmy wtedy na jakiejś Orkiestrze tam grali. Zagraliśmy z dużym opóźnieniem. Zagraliśmy wtedy może z dwa kawałki i nas zwalili z tej sceny. To była porażka bo jechaliśmy pół Polski żeby zagrać10 minut i to tak „szybko, szybko”.
A czemu tak?
P: Bo po prostu było wielkie opóźnienie i wiem że wtedy był wielki żal, no ale…
R: Nie, nie, nie…Oni nas później przepraszali. Mówili że jeszcze raz nas zaproszą na jakieś tam wspólne granie. Bo to w ogóle nie był błąd Jaffia Namuel.
P: No pewnie że nie! To był błąd organizatorów.
R: Bo w sumie często było tak że ludzie organizowali koncerty, nie mając o tym kompletnie pojęcia. Nie potrafi li tego zaplanować. Nie myśleli że to nie jest tylko wyjście kapel i zagranie. To jest też czas na przygotowanie, ustawienie sprzętu.
P: To tak naprawdę jest kupa roboty i czasu. Z resztą podobno nie ma koncertów na których nie ma opóźnienia.
A wróćmy do koncertu Raj w Dębicy, na którym również graliście.
P: Tam graliśmy m.in. z Voo Voo. No i z Ewą Urygą. Z nią wiąże się fajna historia. Po koncercie była impreza. A jako uczestnicy koncertu dostaliśmy na nią oczywiście zaproszenia. Wszystko było za friko. Impreza była w kawiarni Mors. Siedzimy więc przy stoliku, a Belka mówi: „A ta Uryga to wyła. Co to w ogóle jest?” Tak na nią najechała ostro, a potem się okazało że ona siedziała dosłownie 30 cm od nas.
R: Biedna Uryga :)
Ok., pomówmy teraz o waszych wydawnictwach. Wydaliście w zasadzie 3 kasety. Pierwszy był „Okres dojrzewania”.
R: Tak to wydało Enigmatic czyli taki koleś jak Fakir ze Śląska. Z tą kasetą potwornie się spieszyliśmy bo wtedy już przygotowywaliśmy materiał, już chyba nagraliśmy go w studiu w Boguchwale. „Kamienowanie Miastożyja”.
Wszystkie wasze wydawnictwa ukazały się praktycznie w jednym czasie.
R: Tak, a co ciekawe „Okres dojrzewania” i „Kamienowanie Miastożyja” którą wydało NNNW można kupić do tej pory. Wracając jednak do pierwszej kasety to w wydaniu jej bardzo dużo pomógł nam Bezkoc. Bo to on nas namówił, że może byśmy coś takiego wydali. On nam wymyślił hasło promocyjne „Czujne reggae z niezłym czadem” to jest jego pomysł.
Z tym hasłem to akurat trafił bo rzeczywiście nie graliście klasycznego reggae.
R: Nie graliśmy i ja ciągle podkreślałem że to się brało z tego że mieliśmy różne korzenie muzyczne. Np. Wojtek czy praktycznie cała sekcja wyrosła w metalu i to wydaje mi się wnosiło dużo do naszej muzyki.

Na początku jednak mieliście teksty nawiązujące do klasycznego reggae. Nie brakowało wtedy odniesień do rastafarianizmu.
R: Na początku to rzeczywiście był Jah.
Hajle Selassie…
R: No akurat z tym Selassie, to nie było za wiele tego Selassiego.
P: Ale był taki kawałek. Jeden kawałek. Bardzo fajny z resztą, miał tytuł „Etiopia”.
R: Ja myślę że to cały czas było kształtowanie. Ja myślę że dopiero po tych kilku latach grania tak naprawdę zaczęliśmy mieć takie teksty o które nam chodziło. Ale z drugiej strony ciągle chodziło o te same wartości. O tolerancję, o jakąś miłość. O taki pozytywny przekaz.
A skąd się właśnie wziął ten kawałek „Etiopia” i Selassie?
R: Selassie rzeczywiście pojawił się a propos tej Etiopii. Związany był z tekstem, z tym o czym śpiewaliśmy. O Afryce, o tych korzeniach. Później z tego co pamiętam, w ogóle Etiopia stała się takim bardziej popularnym miejscem w reggae niż Jamajka. To się ściśle z tym wiązało. Choć ja myślę że to była też kwestia trochę mylenia pojęć. Może wynikało to trochę z niedojrzałości ale poza tym też trochę szukanie inspiracji w różnych źródłach. Bo to z jednej strony była właśnie Biblia a z drugiej jakaś tam filozofia rastafariańska. Ale wszystko się sprowadzało do tego że chcieliśmy to przekazać. Przekaz ciągle był ten sam może od innej strony ale ten sam.
P: Ten przekaz był cały czas. Może później był już troszeczkę inaczej wyrażany ale ciągle był ważny.
R: Później nawet pod koniec jak graliśmy np. „Niewiarę” czy kawałki o aniołach, czy „Audiencja”, to ciągle było to samo tylko żeby dotrzeć do tego trzeba było trochę te teksty przemyśleć. Jakoś przeanalizować. Zresztą kiedyś sobie wymyśliłem, nie wiem czy słusznie czy niesłusznie, ale wymyśliłem sobie taką historię że nie można wszystkiego podawać tak wprost. Lepiej coś ubrać słowa żeby zmusić ludzi w ogóle do myślenia o tym co się śpiewa. Żeby to nie przechodziło koło uszu tylko żeby ktoś się zastanowił ”O co temu gościowi tam chodzi”?
Wróćmy jednak do wydawnictw. Pierwszą kasetą był „Okres dojrzewania”. I tam na wkładce jest zdjęcie ze Smoczkiem. Czy wtedy Smoczek już grał z wami?
R: Nie, nie. To jest osobna historia. Tam rzeczywiście taka wyszła niezręczność. Cała historia była taka że Bartosz z nami nagrywał „Kamienowanie miastożyja” i w momencie kiedy wydaliśmy ten materiał, Bartosz już nie grał. W momencie kiedy robiliśmy wkładkę kasety…
A czemu Bartosz już nie grał?
R: Bartosz z Asią wyjechali do Krakowa. Z zespołem to w ogóle była taka historia że myśmy w którymś momencie tak drastycznie ten skład zmniejszyli. Tam się pojawiły jakieś perturbacje. A zaczęło się chyba od Jacka Pacanki. Bo on miał do wyboru granie w orkiestrze.
P: Pacanka chwilę grał. Powiem wam szczerze, że ja z nim miałem największy kontakt bo ja z nim chodziłem do szkoły średniej, siedziałem z nim w ławce. On mnie uczył matematyki.
fot. W studiu.
A jak to się stało że zaczął z wami grać. Ty go zwerbowałeś?
R: Chyba tak. Chyba Popek go przyprowadził. Bo pojawiła się koncepcja że jeszcze musimy mieć dęciaka. Szukaliśmy więc dęciaka na siłę.
P: Ale koncepcja była słuszna.
R: Tak ale Pacanka nie bardzo „czuł bluesa”.
P: On był dobry właśnie do orkiestry dętej, ale nie do Ust Syracha. W ogóle uważam, często się zachwycam jakimikolwiek kawałkami i nawet jeśli kawałek jest przeciętny, a nagle słyszę sekcję dętą to po prostu jest taki klimat! Naprawdę to jest coś fenomenalnego. Ale akurat nasz dęciak nie był trafiony w dziesiątkę.
A swego czasu jeszcze w składzie był Mat.
R: Tak, Mat grał na przeszkadzajkach.
A długo grał z wami?
R: Mat grał dosyć długo.
P: Pamiętam że był jakiś konflikt. Nie pamiętam o co chodziło. W każdym razie był jakiś konflikt po którym on powiedział że odchodzi.
R: Odszedł wtedy też Pacanka. W każdym razie rzeczywiście był jakiś problem i wtedy rozstaliśmy się z Matem. Mat to w ogóle dla mnie gość był geniusz w grze na perkusji. Dla mnie to był w ogóle duży zaszczyt że gościu w ogóle chce u nas grać na przeszkadzajkach a nie na garach na przykład.
P: Gogo przecież się u niego uczył grania na perkusji. A w ogóle opowiem wam krótko jak Gogo nauczył się grać na garach. Siedzieliśmy pod blokiem jak zawsze w wakacje za małolata. I w pewnym momencie było takie „ty…cicho, cicho…ktoś gra na garach! Ale kto?” I tak słuchamy i wychodziło na to że to od Dobrowolskich. Kto tam może grać na garach? Tylko Ilona. To była dziewczyna w naszym wieku. Okazało się że ona się zapisała do Szkoły Muzycznej na perkusję. A Gogo się strasznie tym podjarał! I ona mu pokazała parę numerów, chociaż ona dopiero zaczynała. Okazało się że Gogo po 2-3 godzinach grał lepiej niż ona po pól roku. To były gary ze szkoły muzycznej, jakieś takie Polmuzy perłowe, stare. Później on miał swoje jakieś gary. Nie wiem skąd miał te gary, ale miał je w piwnicy. Pamiętam nawet że pomagałem mu materac zakładać na drzwi żeby to wyciszyć, żeby mógł tam grać. Bo się wkurzali sąsiedzi że się tam tłucze. W ogóle były historie z tą perkusją. Kiedyś Gogo przyniósł ją do mnie, na 3 piętro ją wtachaliśmy. Ja wziąłem mojego brata wzmacniacz, dałem go na full. Podpiąłem się i we dwóch pojechaliśmy. Po prostu taka rzeźnia że szok! Ale takie były początki.
A właśnie na Reggae Christmas 1993 zagraliście chyba w największym składzie. Bo był i Mat, był Pacanka, była Aśka.
R: Był jeszcze akustyk.
No dobra. Ale na początku graliście takim wielkim składem a potem to wszystko zaczęło się rozpadać. Kilka osób odpadło. Mat odpadł, Pacanka odpadł, Aśka odpadła.
R: I skończyło się na tym że graliśmy w 6 osób.
A Bodzik grał do końca?
R: Nie nie . Bodzik jak założył firmę to odszedł.

A teraz kolejna rzecz. Skąd się wzięły plotki że Robur był dyktatorem w zespole?
R: Bzdura :)
P: Robur to był gość który wyznaczał pewne reguły. Był takim gościem na pastwisku, który wbijał kołki gdzie możemy się poruszać. No naprawdę :) A myśmy powoli te kołki przebijali dalej. Ale to Robur wyznaczał granice. To był gościu który trzymał wszystko za mordę.
Ale on wyznaczał też wasze kierunki muzyczne?
P: Muzyczne absolutnie nie!
Więc jakie?
P: Jeśli chodzi o sprawy muzyczne to fakt był taki że Robur nam się nigdy w to nie wtrącał. Miał swoją wizję to opowiadał o niej ale fakt jest taki że muzycznie udzielał się, oczywiście że się udzielał i to bardzo ale nie wtrącał się w to. Nie było tak że powiedział: „tak nie, tylko tak”. Absolutnie nie. To była wolna ręka. Tylko bardziej chodziło o takie sprawy organizacyjne, wizerunek.
R: Zachowanie, pijaństwo :)
A podobno miałeś jakieś takie akcje że chciałeś coś tam dodatkowo wprowadzić poza muzyką, jakieś teatralia?
R: Chciałem, ale nie udało mi się przeforsować. Bo ja zawsze chciałem wymyślać jakieś stroje np. Chciałem żeby zespół prezentował się również wizualnie. Jeden rodzaj ubrania czy coś tam.
Ale jak to miało wyglądać?
R: Żebyśmy sobie wymyślili np. że się ubieramy tak samo. Chciałem żebyśmy coś takiego robili żeby wzbogacać tę muzę zachowaniem na scenie, ubraniem. Chciałem w to włożyć jakieś takie elementy teatralne. Ale tego się nie udało zrobić. Chociaż raz mieliśmy koncert w Morsach, gdzie zagraliśmy przebrani w ciuchy robocze. Drelichy. A w Brodnicy znowu miałem karabin z włożonym w lufę kwiatkiem. A to już pomysł Mata że stanęliśmy sobie w rządku po koncercie i się równo ukłoniliśmy. To też tylko raz się nam udało zrobić i potem nie udało się już sforsować tego.
fot. Reggae Toshki - Rzeszów, Pod Palmą.
A jak myślisz, czemu oni tacy oporni na tego typu akcje byli?
R: Cykory byli :) A tak na poważnie to myślę że chłopaki się bali że może to wyglądać śmiesznie. Tak myślę, bo nikt tego nigdy wprost nie powiedział, ale myślę że chodziło o to żeby czasem nie wypaść śmiesznie.
P: A ja to skomentuje tak. Poniekąd Robur ma rację że byliśmy cykory. Ale w tym momencie taka rzecz przeszłaby u mnie bez problemu. Chodzi o dojrzałość muzyczną. Wiadomo że w ogóle jakakolwiek dojrzałość jest ważna. Ale jeśli rozmawiamy o kapeli to ja mówię o takiej dojrzałości muzycznej. Rozmawiałem z Bartkiem, rozmawiałem z Gogiem, rozmawiałem z Roburem. Że jeśli teraz mógłbym zrobić to samo, to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.
R: Cholera, ale tak patrząc to byłem czasem katem. Czasami drzwiami trzasnąłem.
P: Ale Robur, najlepsze było, ja nie zapomnę tego. Przyszedł Bogdan na próbę. Spóźnił się trochę, a myśmy się akurat o coś pokłócili i ty byłeś rozjuszony. On wszedł, powiedział cześć, nie wiedząc o co chodzi. A ty go pchnąłeś że padł na fotel i wyszedłeś. Po prostu akurat nawinął się pod rękę więc się wyładowałeś na nim. A on tak siadł i „ale o co chodzi?”. To był jeden jedyny raz i dlatego właśnie to pamiętam.
R: A ja tego nie pamiętam.
P: Ale czasem miałeś rację że się wkurzałeś. Bo myśmy się tak głupkowato, młodzieńczo upierali przy paru rzeczach.
R: Coś ci powiem. Cała historia była taka że na początku większością rzeczy to ja się zajmowałem. Miałem kontakty jakieś tam, poznałem gdzieś ludzi, tak chyba automatycznie to wychodziło. A później jak ten okres trzaskania drzwiami gdzieś się zamknął, nagle każdy zaczął się angażować. I to czy ja byłem liderem, czy nie to się tak totalnie rozmyło na całą kapelę.
P: Mi się wydaje że Robur był zawsze liderem, a dlatego były czasem te konflikty o różne rzeczy bo zawsze z Bartkiem i z Gogiem uważaliśmy że liczy się wyłącznie muzyka. On miał wizje inne, które teraz wiem że były słuszne.
I wy w zespole tworzyliście muzykę?
P: Powiem ci szczerze że na początku tworzyliśmy wszyscy. A później najwięcej tworzyliśmy my z Bartkiem. Z Bartkiem robiliśmy większość kawałków. Nawet nie na zasadzie że robimy cały numer, ale jego szkielet. Bo w muzyce to jest najważniejsze. Taka podstawa, którą się później obrabia. Ta obróbka to była już w trakcie. W trakcie próby, w trakcie jakiegoś tam grania.
R: Każdy jakąś tam swoją kropelkę dorzucił.
P: Ale główne takie podstawowe riffy, tematy tworzyliśmy z Bartkiem.
fot. Bartosz Kozicki - basista Ust Syracha.
Czyli to było tak, że najpierw robiliście kawałek a potem Robur dorabiał tekst do tego?
P: Tak.
R: Zwykle to było tak że oni przynosili temat, zaczynaliśmy ten temat obrabiać. Gdzieś tam się pojawiało miejsce na wokal, coś tam na kolanie dopisałem, coś tam później poprawiłem i tak to się w ten sposób działo.
P: Ale łyknęliśmy sobie z Bartkiem taki motyw, nie ukrywam że nie tylko motyw bo zdarzało nam się parę razy łyknąć sobie to i tamto. Ale mieliśmy powiem ci strasznie twórczy okres.
R: To prawda. Pamiętam ten okres kiedy Bartosz wyjechał do Krakowa, wtedy stanęło wszystko. Ze Smoczkiem. Graliśmy jakieś koncerty, ale twórczo to był trochę taki okres.
Ale Smoczek nie wprowadzał nic od siebie?
P: Nie on odgrywał to co już było zrobione.
R: Wtedy twórczo tak trochę stanęliśmy. Nie było za dużo nowych kawałków.
P: Ja pamiętam to tak. Robimy coś z Bartkiem, albo Bartek mówi: „mam taki basik” i zaczynamy jakikolwiek klimat, a później wpadał Gogo i żeśmy dogrywali. I to było wszystko ro********ne, ale było. Dopiero na próbie dogrywało się. Robur dokształcał wszystko tekstem i było super. Naprawdę.
R: Później jak Bartosz wrócił z Krakowa, jak wrócił do nas, wtedy rzeczywiście znowu to wszystko wróciło. Ze Smoczkiem się fajnie pracowało tylko to nie był okres twórczy to był bardziej okres odtwórczy.
P: A najlepsze jest to że było mnóstwo riffów które powstały z Bartkiem kiedy Bartek nie powiedział ani słowa tylko grał.
Czyli Bartek był takim najcichszym członkiem kapeli a jednocześnie najbardziej płodnym jeśli chodzi o nowe utwory.
P: No właśnie z Bartkiem to było tak że siadaliśmy np. u mnie w domu i on czasami wystarczało żeby brzdęknął raz czy drugi i powstawały nowe kawałki.
R: On grał fantastyczny bas, ja uwielbiałem jego granie.
P: Oszczędny przede wszystkim. A i w ruchach był oszczędny. On sobie tam zawsze drypcił, ubijał ten śnieg pod nogami, ale prawie niewidocznie. I jak już poszedł na scenie dwa kroki do przodu to się wydawało że masakra.(…) Ja sobie teraz tak myślę że on muzycznie jest genialnym człowiekiem i chciałbym się z nim spotkać właśnie muzycznie. Bo nie muzycznie czasem się widujemy. Jest gość. Dla mnie to jest sekcja nie do powalenia.
Ok. A ja znów wrócę do wydawnictw.
R: No więc po wydaniu „Okresu dojrzewania” i „Kamienowania miastożyja” z tych nagrań które nam zostały…bo myśmy tych nagrań, myśmy w ogóle muzyki przewalili tonę.
Masa waszych nagrań nigdzie się nie ukazała.
R: Nigdzie! Jest kupę takich utworów.

A nie myślicie żeby je gdzieś, kiedyś zarejestrować?
R: Myślę że wielu z nich nie pamiętamy…
P: Ja przyznam szczerze że niedawno jakieś tam stare kawałki dorwałem i ja pierniczę nie pamiętam jak się je grało! Czasem dopiero po przesłuchaniu 5-6 olśnienie dostawałem!
Robur, a wspomnij o nagraniach które być może niedługo pojawią się w sieci.
R: Ok. A więc na końcu zaczęliśmy przygotowywać kolejną płytę. To miał być nasze najważniejsze wydawnictwo. Autentycznie do tego zawsze wracam, bo to były nasze najdojrzalsze nasze numery. Tam był utwór „Niewiara”. Bo zmieniliśmy system. Nie mieliśmy pieniędzy żeby nagrać wszystko naraz więc nagraliśmy takie demo – 3 piosenki, a później mieliśmy dogrywać sobie kolejne. Wśród tych piosenek nagraliśmy jeszcze raz „Kamienowanie miastożyja” i to już było bez klawiszy, nagraliśmy też „Niewiarę” i nagraliśmy „Ja i Anioł”.
O utworze „Ja i Anioł” opowiadałeś mi już podczas poprzedniej swojej wizyty w Polsce.
R: Bo ja myślę że jest to esencja Ust Syracha. A poza tym myślę że gdzieś z koncertu uda nam się ściągnąć ”Audiencję”.
A graliście to gdzieś?
R: Graliśmy na Czad Reggae Festiwal. Wtedy ze Smoczkiem to zrobiliśmy. Nie wiem czy tam nie zagraliśmy „Złoty Anioł”. (śpiew) :)
P: Cholera, teraz mogę docenić teksty które pisał.
Ja myślę że właśnie na kasecie „Kamienowanie Miastożyja” pojawiły się najlepsze teksty. Bo wcześniej one były takie typowo reggae’owe. Później pojawiły się teksty poetyckie które warto było też poczytać.
R: Muszę się pochwalić że znałem kiedyś dziewczynę która była poetką, i zawsze zwracała uwagę na to co piszę. I gdzieś tam kiedyś usłyszała „Kamienowanie miastożyja” i stwierdziła że fajna muzyka ale teksty napisałeś za*****te! I to był dla mnie największy komplement.
P: Dlatego ja mówię tak, że teraz gdybyśmy się spotkali wszyscy razem byłoby inaczej. Bo dawniej nie zwracałem uwagi na teksty, tzn. wiesz, znam je na pamięć, przebiegają mi przez uszy cały czas. Ale dla mnie wcześniej była najważniejsza muzyka którą gram, i pewnie dla reszty muzyków w zespole było ważne to samo. A teraz dopiero stwierdzam że te teksty to jest integralna część kawałka i zwracam na nie uwagę. I właśnie chodzi o to żeby dostrzegać.
R: Ja bym nie przeceniał tekstów.
A z czego to wynikało, z rozwoju? Że na początku te teksty były bardziej naiwne a potem dojrzalsze?
R: Myślę że tak. Że po prostu wiesz, człowiek dojrzewa, potem zaczyna inaczej patrzeć na to słowo. Tak jak możesz zagrać coraz ambitniejsze rzeczy na gitarze, tak samo możesz wymyślić jakieś słowo. Może zauważasz że jakieś słowo możesz użyć w takim kontekście, a zamiast tego możesz użyć innego słowa które jest np. dwuznaczne. Nad którym trzeba się zastanowić.
Czyli wolałeś przedstawiać ludziom teksty które zmuszałyby ich do zastanowienia.
R: Starałem się tak formułować to wszystko żeby to było trochę zakryte, żeby pomyśleć nad tym.
Zmienię jednak trochę temat. Początek lat 90-tych jeśli chodzi o koncerty w Dębicy był rewelacyjny. Sale na koncertach były pełne. Podczas koncertów w Graffiti piętro niżej u fotografa tynk leciał z sufitu. Jak więc wspominacie scenę dębicką wtedy?
R: Mnie trudno się odnieść do tego co jest dzisiaj, ale myślę że w zasadzie wiele się chyba nie zmieniło. Tylko może miejsca nie ma do grania.
Ale wtedy grając koncert w Dębicy nie musieliście się martwić że coś nie wypali, że ludzie nie przyjdą.
R: No właśnie nam ludzie towarzyszyli od początku. Nie raz jechaliśmy np. na Toshki, to zamiast jechać pociągiem czy tam samochodem to zbieraliśmy się na autobus i zabieraliśmy ludzi którzy chcieli jechać. Pamiętam taką historię, że jechaliśmy właśnie na Toshki, dużo to taniej wychodziło niż pociągiem, bo wynajmowaliśmy ten autobus i mówiliśmy ludziom że ok. to kosztuje tyle i tyle i za to jeszcze 2 - środowisko wtedy było prężne.
P: Wtedy nikt nawet bardzo nie reklamował tych koncertów, a i tak wszyscy z nami jeździli. Nikt nie szukał na siłę. Po prostu myśmy grali koncert w jakimś mieście i nagle była masa ludzi którzy chcieli z nami jechać.
R: A ja osobiście bardzo bym wiele dał żeby zagrać koncert, żeby ci wszyscy ludzie przyszli.
Chciałbyś zagrać jeszcze jako Usta Syracha?
R: Jasne! Oczywiście. We mnie jest w ogóle taka świadomość że Usta Syracha nadal istnieją. Może w zawieszeniu ale istnieją.

Czyli nie uważasz że zespół przestał istnieć.
R: Ja to tak odbieram, ja to tak czuję.
P: Robur, nie kuś! :)
R: Ja nie wiem, bo mi troszkę wcześniej się zdarzyło rozstać z nimi ale nie sądzę że pojawiła się jakaś burza która by ludzi porozdzielała.
P: Szczerze mówiąc Robur to powiem ci tak. Bez słodzenia jakiegokolwiek. Moim zdaniem teraz po latach stwierdzam że Usta Syracha umarły kiedy ty z nich odszedłeś. Po prostu ten epizod z Kozderem był bardzo fajny. Bo to był świetny okres w naszym życiu. Jeździliśmy też dużo po Polsce. Byliśmy i tu i tam. Ale to już nie było to.
R: Podobna historia była kiedy Bartosz odszedł. Też nam się ciężko było odnaleźć z nowymi basistami. Wtedy była właśnie taka stagnacja. Chociaż graliśmy dużo koncertów ale jeśli chodzi o tworzenie czegoś nowego to była totalna stagnacja. To nie jest tylko kwestia mojej osoby, bo myślę że gdyby wtedy odszedł np. Gogo czy Popek to tak samo by się to odbiło na kapeli.
P: Ale wokal zawsze jest na pierwszym planie. Muzyka jest trochę z tyłu zawsze.
A jak się czujecie ze świadomością że zagraliście najwięcej koncertów wśród dębickich kapel tzw. niezależnych?
R: Na początku to był przypadek bo rzeczywiście mieliśmy ułatwione zadanie, bo po pierwsze znaliśmy parę osób. Poza tym transport był totalnie
tani tak że ktoś tam robił sobie koncert na Śląsku i nie było dla niego zbyt dużym obciążeniem sprowadzić sobie kilkuosobową kapelę gdzieś tam z końca Polski. Bo to wszystko było do udźwignięcia. A później słuchaliśmy dobrych rad. Założyliśmy agencję artystyczną.
Opowiedz więc o tej agencji.
R: Wiesz co, bo to było tak że na początku te koncerty same się do nas pchały. Ale później nam się zachciało sprzęt kupić i z tego grania kupiliśmy sobie sprzęt, więc trzeba było coś wymyślić. Więc musieliśmy sobie sami szukać tych koncertów. Jaffia Namuel, kapela z którą się przyjaźniliśmy, podpowiedzieli nam żebyśmy założyli sobie agencję artystyczną. Wtedy możemy występować jako osoba prawna i wystawiać faktury. Łatwiej też było jeśli chodzi o kontakty z domami kultury itd. Zmieniła się wtedy trochę sytuacja, kolej podrożała. Myśmy mieli trochę sprzętu więc nie chcieliśmy jeździć pociągami, jeździliśmy busem. A domy kultury miały budżety na to żeby tego typu imprezy robić, żeby płacić kapelom. Tylko trzeba było im dać znać, że istnieje taki zespół. Więc zaczęliśmy wysyłać oferty, zaczęliśmy dzwonić po domach kultury. I właśnie dlatego żeby być osobowością prawną założyliśmy sobie agencję artystyczną. Agencja nazywała się Front Reggae Art. Wtedy też staliśmy się po prostu firmą. I wtedy zaczął się dla nas ciekawy okres. Zaczęliśmy grywać na jakiś imprezach typu Dni Miasta, które organizowały jakieś tam Urzędy Miejskie czy domy kultury. I wtedy właśnie graliśmy na imprezach gdzie grali m.in. Raz, Dwa Trzy, gdzie grały Trebunie Tutki. Zaczynaliśmy się stawać taką poważną kapelą jeśli chodzi o takie rzeczy. Wtedy też mieliśmy takie mini trasy, wyjeżdżaliśmy na całe weekendy i graliśmy w piątek, w sobotę w niedzielę. Tak że to już były takie poważniejsze wyjazdy.
A jak odbieraliście te znane kapele na wspólnych koncertach?
R: Wiesz, zwykle było tak że przed takimi kapelami graliśmy wcześniej, ale z kolei z drugiej strony ciągle też graliśmy na imprezach niezależnych gdzie po prostu nasze notowania też poszły troszkę w górę i rzeczywiście nas wtedy zaczęli troszkę inaczej traktować.

Bo to ciekawe że graliście i na oficjalnych koncertach gdzie byliście traktowani normalnie, a z drugiej strony graliście również na imprezach undergroundowych gdzie byliście traktowani jako kapela z tej sceny.
R: Dokładnie. Były takie historie że gdzieś jechaliśmy grać za kasę w jakimś domu kultury, po czym jechaliśmy grać gdzieś tam prawie za darmo lub za pół kosztów na jakąś niezależna imprezę. Tak że to się też fajnie uzupełniało, bo gdzieś tam byliśmy na miejscu. Ja myślę że tak czy owak do końca zostaliśmy taką kapelą z kręgów niezależnych, z takiego undergroundu muzycznego. Bo nigdzie się nie wdaliśmy w jakieś układy komercyjne. Nic z tego.
P: Tak, ale byliśmy w pewnym momencie postrzegani jako kapela która po prostu wkracza, czy jest na oficjalnej scenie reggae w Polsce.
Czyli byliście naprawdę popularni wtedy?
R: Chyba tak. Trudno nam to ocenić, ale ludzie za nas to mówili. Bo wiesz wymieniali naszą nazwę, np. Pietia z Qqryq gdzieś tam kiedyś napisał że przyjechał do niego kumpel z Białorusi czy skądś tam. Siedzieli, słuchali Izraela i Ust Syracha. To dla mnie to było takie łechtanie że…nie powiem do czego mnie to doprowadzało :)
Ale czuliście to na koncertach? Że jesteście jakąś tam znaczącą kapelą?
R: Nie. Nie wiem. Nie mieliśmy jakiegoś takiego super rozwiniętego ego.
P: Przede wszystkim myśmy dużo grali na koncertach nie tylko takich stricte reggaeowych.
R: Ja ci powiem jak ja to odbieram. Jechaliśmy gdzieś tam i okazywało się że ludzie znali nasze teksty, śpiewali z nami. Ale ja osobiście nigdy nie miałem poczucia gwiazdy, że jestem jakąś gwiazdą faktycznie, że ludzie przychodzą na nas. Nigdy nie miałem takiego uczucia.
A zauważałeś że mogło tak być, że przychodzili na was?
R: Chyba i mogło. Bo na koncerty przychodzili ludzie którzy znali naszą muzykę więc w pewnym sensie przychodzili i na nas. Którzy śpiewali nasze teksty, którzy wołali do nas po imieniu. Tak więc myślę że byliśmy rozpoznawalni. Z tym że tak jak ci mówię. Ja osobiście nie miałem nigdy poczucia jakiegoś gwiazdorstwa.
P: Fenomenalne jest to że jedziesz gdzieś na drugi koniec Polski i grasz koncert i nagle się okazuje że ktoś zna teksty. Po prostu okazuje się że wychodzisz i grasz koncert i nagle ktoś po prostu skacze pod sceną i śpiewa z tobą. I wtedy dzieją się tak różne rzeczy na scenie.
R: Jak później rozmawialiśmy z ludźmi którzy nas wtedy wydawali to wiesz jedni sprzedali kilka tysięcy kaset, drudzy kilka tysięcy. To świadczy to o tym że szło to gdzieś Polsce. Że miało to jakiś szerszy wymiar. Z tym że ja nie uważam, nigdy nie miałem takiego poczucia że jesteśmy kimś. Po prostu zawsze byliśmy jakąś taką normalną kapelą. Ja myślę że nawet czułem się takim bardzo regionalnym muzykantem.
A mieliście kiedykolwiek wpływ na to ile tych waszych kaset się sprzedaje?
R: Nie. Wszystko było poza kontrolą. Nawet ostatnio mi się przydarzyła taka historia, może nie tak ostatnio. Myślę że tak z pół roku temu. Poszedłem w Chicago do księgarni muzycznej. Wchodzę, a tam pojawiła się kaseta „Kamienowanie miastożyja” Ust Syracha. Po prostu ktoś musiał to wznowić.
Te kasety są w ciągłej sprzedaży, Szczególnie jak przeglądam Internet to widzę że je można nadal kupić.
R: Czyli wychodzi na to że je cały czas ktoś wznawia, robi dystrybucję tego. Myślę że teraz to nie ma w żaden sposób szans tego kontrolować.
A skąd się w ogóle wzięła nazwa Usta Syracha?
R: Jak zaczęliśmy sobie tak akustycznie pogrywać, to zastanawialiśmy się skąd brać teksty. Sięgnęliśmy więc do Biblii, gdzie były psalmy. A więc m.in. wyszukaliśmy tam parę tekstów z Księgo Mądrości Syracha. I stąd się wzięło. Usta Syracha bo tam śpiewaliśmy właśnie.
A śledziłeś dalsze losy Ust Syracha kiedy odszedłeś?
R: No jeszcze później do czasu kiedy jeszcze tutaj byłem. Pamiętam że była historia jak Kozder nie dojechał, bo mieli jechać na jakiś koncert. I chłopaki dzwonili czy bym nie pojechał i nie zagrał z nimi. Bo Kozdera nie ma. A ja zacieram ręce szczęśliwy, Super. No pewnie że pojadę. Ale potem okazało się że Kozder jednak dojechał. Minęło jakieś dwie godziny, i myślę sobie: - kurde, jednak nie pojadę.
Robur, a czy kiedy odszedłeś, a zastąpił cię Kozder nadal traktowałeś ten zespół jako Usta Syracha?
R: Tak to dla mnie zawsze była ta sama kapela. Ja odszedłem jakiś czas zanim wyjechałem. Ale to nie była jakaś rzecz między nami. Myślę że troszeczkę żałuję tej decyzji. Bo jednak cały czas mam poczucie że w tej kapeli był potężny potencjał. Myślę że trochę się to zmarnowało. Czasem sobie siadam, wspominam tamte czasy i trochę żałuję że tak się to potoczyło a nie inaczej...
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze