To, czego nauczą się w szkole przynoszą do domu, ale też odwrotnie. I tak krąg troski o planetę się zamyka.
Przy wejściu do Szkoły Podstawowej w Woli Wielkiej wita mnie informacja, że jakość powietrza jest dziś dobra. Wyświetla się na zamontowanej nad drzwiami elektronicznej tablicy. Jestem trochę zaskoczona, bo takie urządzenia jeszcze nie należą do standardowego wyposażenia szkół i innych budynków użyteczności publicznej. Zwłaszcza takich niewielkich i na wsiach.
Ale w końcu, gdzie, jak nie tu spodziewać się takiego widoku, skoro społeczność szkoły od lat zaangażowana jest w działania proekologiczne nakierowane na niwelowanie zmian klimatycznych O tym, jak bardzo, mam się dopiero przekonać.
Pewnie tych wszystkich działań by nie było, gdyby nie dyrektorka Urszula Dydo i nauczycielka biologii i przyrody Aniela Dydo. Wprawdzie każda zasługi przypisuje tej drugiej, ale wystarczy chwila rozmowy, by zorientować się, że w inicjatywy ekologiczne obydwie pedagożki zaangażowane są równie mocno.
A co najważniejsze potrafią pociągnąć za sobą młodzież, która klimatycznego bakcyla złapała już na dobre.
- Pamiętacie, jak się zaczęło? - pyta uczniów Aniela Dydo.
Pamiętają, a ona opowiada o feriach sprzed kilku lat. Wola Wielka położona jest w niecce, co powoduje, że kiedy jakość powietrza w okolicy jest kiepska, tu jest wręcz fatalna. Zwłaszcza zimą, gdy ludzie zaczynają palić w piecach. Tamte ferie pod tym względem były wyjątkowo złe. Dzieci do szkoły wróciły znudzone i rozczarowane, bo większość czasu przesiedziały w domach.
- Zapytałam wtedy, jak sądzą: co sami mogą zrobić dla poprawy klimatu. Odpowiedzieli, że cóż oni mogą, przecież są mali i nie mają na to wpływu - przypomina nauczycielka.
Ale napisali list do posła, na pogadankę zaprosili przedstawicieli władz samorządowych. Uczniowie pod opieką i kierunkiem, pedagogów zaczęli szukać sposobów, jak wpływać na środowisko i klimat. Szybko zrozumieli, że nawet najmniejsze działania mają sens, bo kiedy zaangażować w nie wiele osób, ich ranga nabiera znaczenia.
Długo można by wymieniać wszystkie projekty związane z troską o klimat, w których uczestniczyli i nadal biorą udział uczniowie ze szkoły w Woli Wielkiej. Co najważniejsze, to nie tylko konkursy wiedzy, gdzie liczy się teoria, ale także, a nawet przede wszystkim praktyczne działania, w których młodzi nabywają umiejętności na całe życie.
Wiedzą, jak uprawiać zioła, potrafią uszyć torbę z materiałów z recyklingu, założyć i uprawiać permakulturowy ogródek, rozpoznawać rośliny miododajne, zrobić kompostownik i ogrodzenie z patyków. Segregują śmieci, zbierają deszczówkę do podlewania własnych upraw.
To, czego nauczą się w szkole, praktykują w domu. Rodzicom zwracają uwagę , żeby gasić zbędne światła, nie brać jednorazówek w supermarkecie, częściej zostawiać samochód w garażu.
- Bo klimat to wszystko, w czym żyjemy. Możemy wpłynąć na jego poprawę na wiele sposobów - przekonuje Julia Moskal, uczennica 6 klasy, jedna z uczestniczek ostatniego projektu pod nazwą Klimatyczny Zakątek, w którym szkoła zajęła II miejsce w województwie.
Ale pewnie młodzież nie byłaby tak podatna na dbałość o środowisko, gdyby nie wsparcie rodziców, a nawet dziadków. Klimatyczny Zakątek powstał nie tylko z pomocą nauczycieli, rodzice mieli w tym przedsięwzięciu ogromny udział.
- W domu często rozmawiamy na ten temat, uczymy dobrych nawyków, tego, żeby nie wyrzucać, a wykorzystać jeszcze raz - mówi Agnieszka Bielatowicz, mama Zosi z 5 klasy.
Wtórują jej inne mamy, jak z rękawa sypiąc przykładami tego, jak o dobro klimatu dba się w ich domach: u państwa Machajów hodują pszczoły i sieją łąki kwietne, u Duślaków prowadzą ogródek metodą „no dick” czyli z minimalną ingerencją człowieka dla zachowania równowagi biologicznej, w domu państwa Moskalów nie ma co szukać zbędnie zapalonego światła, i odkręconego kurka, nawet wodę z suszarki wykorzystują ponownie, a Ewie Grądziel na myśl nie przyjdzie, żeby korzystać z nawozów przy uprawie własnych warzyw i owoców.
Wszystkie mamy same robią przetwory, z tego, co rodzina wyhoduje. Podkreślają, że dzieci bardzo pomagają w tych czynnościach.
O tym, jak postępujące zmiany środowiska wpływają na anomalia pogodowe, mieszkańcy powiatu dębickiego mogli przekonać się z końcem lata. Ulewne deszcze spowodowały gwałtowny przybór wody w niewielkich rzekach. Było zagrożenie powodzią, kilkanaście gospodarstw zostało zalanych.
Nawałnica nie ominęła Woli Wielkiej. I częściowo zniszczyła ogród, który uczniowie od wiosny pielęgnowali przy szkole. Cała wyściółka, którą z rodzicami robili z drewna, została zmyta. Rodzice i nauczyciele natychmiast pospieszyli z pomocą, mimo że to były wakacje. W międzyczasie tatusiowie zrobili ławki, żeby w ogrodzie, przy wtórze brzęczenia pszczół i innych owadów, można było posiedzieć i popatrzeć, jak na tym skrawku ziemi toczy się życie: wszystko kwitnie, pachnie, przychodzą jeże, jaszczurki.
- Na naszych oczach się to dzieje - mówią uczniowie.
W projekcie na klimatyczny zakątek brała udział cała społeczność szkoły, koordynatorami pod kierownictwem Anieli Dydo byli: Filip Machaj, Zofia Bielatowicz, Emilia Grych, Jan Kleszcz, Wiktor Kot, Seweryn Lach, Alicja Madej, Laura Wojciechowska, Julia Grądziel, Julia Moskal, Franciszek Kosiba, Karolina Machaj i Katarzyna Żmuda.
Aniela Dydo wspomina pierwszy happening, z jakim wyszli poza szkolne mury.
- Mieliśmy transparenty z hasłami o ochronie klimatu. Jeden pan na rowerze uciekł na nasz widok - opowiada ze śmiechem.
Dzisiaj działają inaczej i inaczej te działania są odbierane przez lokalną społeczność. We wciąż wielopokoleniowych rodzinach selektywnie śmieci zbierają dzieci, rodzice, ale i dziadkowie. Starsze rodzeństwo jest przykładem dla młodszych.
Do troski o środowisko młodzież zachęca mieszkańców wsi, robiąc duże plakaty i wywieszając je na tablicach ogłoszeń. Organizują kiermasze ziół, własnoręcznie wyhodowanych, regularnie sprzątają najbliższe otoczenie, sadzą drzewa.
- Dzieci widzą, że to przynosi efekty - mówią rodzice.
I to nie tylko w postaci uznania i pochwały dorosłych czy działań innych mieszkańców Woli Wielkiej zainspirowanych akcjami młodych ekologów.
Udział w projektach proekologicznych zazwyczaj kończy się wymiernym sukcesem i nagrodą. Pomysły młodzieży i nauczycieli wysoko oceniają jurorzy kolejnych konkursów.
Urszula Dydo wspomina, że do tej pory największym było wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie Jestem Eko, na którego rozstrzygniecie pojechali do Warszawy, jako jedna z dwóch wyróżnionych szkół, na 1200 biorących udział z całej Polski.
Dyrektorka wymienia także nagrody w projektach, których tematem był klimat: wspomniany już czujnik smogu, 25 laptopów, warte 5 tys. zł wyposażenie sali przyrodniczej.
Jakkolwiek dzieci i ich opiekunowie bardzo cieszą się z każdej nagrody, łatwo się zorientować, że nie działają po to, by je zdobywać. A przynajmniej nie tylko. Jako jeden z najfajniejszych projektów, w jaki byli zaangażowani, wspominają ten pod nazwą: Drzewo św. Franciszka. Wprawdzie komisja konkursowa nie doceniła tym razem ich starań, ale rodzice i dzieci zgodnie przekonują, że wszyscy świetnie się bawili, doglądając ekologicznych upraw, a potem wykorzystując je do produkcji nieskażonych chemią przetworów.
- Nawet słoiki mieliśmy z recyklingu - mówi jedna z mam.
Zanim opuszczę gościnne progi szkoły w Woli Wielkiej, uczniowie i nauczyciele, w tym gronie także Elżbieta Knap i Paweł Kaczor, pokazują mi każdy zakątek naznaczony śladem dbałości o klimat. Przy włącznikach światła zabawne tabliczki z niedźwiedziami, które proszą o oszczędzanie energii, na korytarzach tablice tematyczne, w szatni stacja segregacji śmieci, a w jednej z łazienek miejsce wygospodarowane na zbiórkę makulatury i baterii.
- A proszę jeszcze zobaczyć do kroniki - zachęca dyrektor Urszula Dydo.
Wychodząc, mam pewność, że dla tej planety jest nadzieja, skoro istnieje na niej taka młodzieży jak uczniowie ze szkoły w Woli Wielkiej, ich rodzice i nauczyciele.
Agnieszka Majba-Pochwat
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze