W powiecie dębickim to jego pierwszy mural. To aż dziwne dla człowieka, który urodził się i wychował w Łękach Górnych. Ryszard Paprocki przez większość życia mieszkał jednak w Krakowie.
Kiedy jednak został poproszony o to, by namalować kolejne dzieło na szkole, w której kiedyś się uczył, nie odmówił, choć był tego bliski, kiedy dowiedział się, że jego głównym bohaterem ma być kard. Stefan Wyszyński, patron Szkoły Podstawowej w Łękach Górnych.
Nie dlatego, że ma coś przeciwko temu człowiekowi, ale dlatego, że po tym, jak z jego postacią mierzył się na szkołach w Ryglicach i Szerzynach, powiedział sobie, że już nigdy Wyszyńskiego malował nie będzie. Przekonał się jednak, że słowo nigdy dla artysty nie istnieje.

Poniżej prezentuję zapis rozmowy, którą przeprowadziłem z Ryszardem Paprockim w ostatnich dniach jego pracy przy muralu na szkole. Tekst ilustruję zdjęciami obrazującymi efekty jego pracy, którą ma zakończyć w przyszłym tygodniu.
Artysta malarz, także architekt, autor wielu murali w ziemi tarnowskiej. Przyjechałem z Krakowa, a Łęki Górne są miejscowością, z której pochodzę, tutaj chodziłem w latach 1970-1978 do szkoły podstawowej. Ten mural jest więc realizowany na mojej rodzimej szkole, stąd ambicje bardzo mocno rosną, poprzeczka jest wysoko zawieszona.
Szkoła ta była rewelacyjna, wiele się tu wydarzyło, było wiele eksperymentów naukowych, twórczych, potrafiliśmy raz nawet doprowadzić do spalenia tablicy po wybuchu nadmanganianu potasu na lekcji chemii. Te wspomnienia po 45 latach, od kiedy się z Łęk Górnych wyprowadziłem, poprzez ten mural wróciły do mnie.
One się zaczynają materializować, bo widzę to otoczenie, tych ludzi. Niejednokrotnie są to moi koledzy, przechodzą i witają się ze mną. Ja nie wiem czasem, jak się nazywają, bo po tylu latach, to człowiek zapomina. Twarze mniej więcej przypominam sobie, że one kogoś przedstawiają, natomiast tak na dobrą sprawę, to nie wiem, kto to jest. No i te wspomnienia przywołują się same.

Zostały mi w pamięci wszystkie wychowawczynie i wielu nauczycieli, bo byli bardzo charyzmatyczni. To szczęścia dla nas i dla każdego chyba ucznia, żeby mieć kogoś, kto porwie do pewnego rodzaju działań. Najważniejszą osobą, która porwała mnie w sensie plastycznym, artystycznym była pani Krystyna Sikorska.
Była nauczycielką chemii, ja uwielbiałem dzięki temu chemię, uczyła też wychowania plastycznego. Założyła koło plastyczne, w którym byłem. Potrafiliśmy robić po raz pierwszy chyba w Europie recycling, polegający na tym, że powstawała piękna biżuteria dla naszych dziewczyn. Na różnego rodzaju palnikach przetapialiśmy nakrętki, plastik i z tego formowaliśmy biżuterię. Później się do tego robiło łańcuszki i dawało się w prezencie. Były wystawki robione w szkole.
Poza tym Krystyna Sikorska pokazywała nam różne dziwne technologie i potrafiła przynajmniej we mnie w tym kole plastycznym, do którego chodziły dwie osoby, wzbudzić pasję. Na początku było nas chyba siedmioro, ale później tylko dwójka została, na końcu ja sam.
Pamiętam, że pani Krystyna pozwoliła nam po godzinach robić "eksperymenty z szachami, bo będziemy startować w szachowym konkursie". Poszliśmy na całość, nie pamiętam już z kim tam byłem, być może z kolegą Bogdanem, wymontowaliśmy bardzo dużą i mocną lampę z projektora, podłączyliśmy do gniazdka z prądem, mieliśmy po lat chyba dwanaście. Świetnie się oświetlało całe pomieszczenie, mogliśmy malować. Ale postawiliśmy tę lampę na półeczce przy tablicy, na której się dawniej kładło kredy i gąbki. No i to się niestety zapaliło.

Każdy jeden nauczyciel coś dał niewątpliwie. To były niesamowite czasy, w których pojawia się nauczyciel geografii. Już nie pamiętam jego nazwiska, ale wpadł na pomysł, żeby w sali geograficznej na pierwszym piętrze zrobić ogródek szkolny. Oznajmił, że ten kto przyniesie największy kamień do niego dostanie piątkę. Moje ambicje wzrosły.
Wszyscy przynosili kamienie, a my wraz z kolegami ciągnęliśmy taki byczy na sankach. Dziesięciu nas chyba było. Wykopaliśmy go w lesie. Później na pierwsze piętro, nauczyciel był bardzo podniecony, stwierdził, że gdyby były szóstki, toby nam dał szóstkę. Później zrobiliśmy jeszcze kilka takich ekspedycji do lasu. Wszyscy ten ogródek skalny robili do momentu, aż zaczął pękać strop po kilku dniach.
Przyjechali inspektorzy i stwierdzili, że rysy pojawiły się od tych kamieni, bo z dużego ogródka skalnego wyszły Tatry. No i mieliśmy następną akcję wyrzucania przez okna, bo już nie było czasu, żeby strop nie popękał mocniej. Wytaczaliśmy na różnych drągach, dźwignie dwustronne wtedy przerobiliśmy, wiemy też, na czym polega dźwignia jednostronna. Te kamienie jak leciały na dół to było jak trzęsienie ziemi.
Pamiętam też zatrucie jakimś chlorkiem potasu w powietrzu, picie mleka przez całą szkołę, to były niesamowite czasy. Dziś nie do pomyślenia jest, żeby takie rzeczy się działy w szkole. Szliśmy jako małe dzieci bez żadnej opieki, nie było szalejących przestępców, którzy chcieliby nas porwać. Nikt nie ginął, wszystko było normalne.

Ale w Łękach Górnych niewiele mogłem zdziałać. Moją ambicją było, żeby budować domy, stąd jestem architektem też. Chciałem zrobić nie tyle karierę, co po prostu być użytecznym. Stąd budownictwo mnie zawsze pociągało, a tu nie było szkoły budowlanej, najbliższe technikum budowlane było w Rzeszowie. Po tej szkole dalsze chęć zostania budowniczym spowodowała, że wystartowałem w egzaminach na Politechnikę Krakowską na Wydział Architektury. Dostałem się na architekturę, skończyłem, jestem architektem dyplomowanym, inżynierem.
Ale brakowało mi czegoś jeszcze, bo przez cały czas w Łękach Górnych od najmłodszych lat ja ciągle byłem z kredkami, ja ciągle malowałem, rysowałem to, co widziałem. Tworzywo było wszędzie. Tęsknota za malarstwem na architekturze sprawiła, że wykonałem następny krok. Prawie równocześnie studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych, skończyłem i jedną, i drugą uczelnię.
Po krakowskiej ASP już staram się nie być architektem, bo architektura jest zawodem, który jest wypadkową wielu zdarzeń. I wtedy wychodzi ta architektura albo nie. Po pierwsze trzeba mieć dobrą współpracę z firmą, firma musi zrobić porządny obiekt, budżet musi być odpowiednio określony i to się nigdy udaje. Idea jest piękna, a wychodzi coś zepsutego. To jest wynik pracy dużej grupy ludzi i nie wszystko zależy od architekta, a to mnie męczyło.

Mam pewnego rodzaju osiągnięcia architektoniczne, ciekawe, dlatego że pracowałem przez 25 lat dla bardzo zamożnego człowieka, dla jednego z najbogatszych Polaków. Byłem jego architektem, malarzem, witrażystą, rzeźbiarzem. Cokolwiek by pan nie wymyślił, to ja byłem, w sensie artystycznym. Prowadziłem duże jego budowy, sam projektowałem te budowy.
W pewnym momencie ten milioner, władający ogromnymi środkami finansowymi i mający pewne szalone pomysły, chciał żebym wybudował dla niego małą kaplicę. Mówi mi niech pan zaprojektuje taką kaplicę, my później ją wykonamy, a pan ją później wyposaży we freski, witraże i rzeźby.
No i ja zrobiłem projekt małej kapliczki, niech to będzie pięć metrów na cztery metry albo osiem metrów na cztery metry. Zwyczajna kapliczka z wnętrzem oczywiście, w którym byłby mikroołtarz. On mnie wyśmiał, powiedział, że jestem niepoważny, bo jemu chodzi o coś większego. Robiłem mu później projekty jeden, drugi, trzeci, czwarty i on każdy jeden odrzucał i mówił, że jestem niepoważny.
No to ja się zdenerwowałem i mu powiedziałem, że może w takim razie - co jest poniekąd związane z tym muralem - skoro chce pan tak ambitnie, to może niech pan wybuduje rotundę św. Wojciecha w Gnieźnie jako replikę, dlatego że ona nie istnieje, a tam był Zjazd Gnieźnienski.
Oooooo, to jest znakomity pomysł. No i teraz ja mu mówię, pan chyba oszalał, pan chce replikę św. Wojciecha z Gniezna, gdzie Otton III przyjechał i dał włócznię św. Maurycego naszemu władcy, księciu? On mówi tak, dokładnie tego chcę. Stać mnie na to.

Pytam się więc, czy ja autentycznie mogę przystąpić do realizacji architektonicznej. On mówi, jak najbardziej proszę robić wszystko, zapłacę. Ma pan carte blanche. No więc ja skontaktowałem się z Uniwersytetem Adama Mickiewicza w Poznaniu, z odpowiednimi ludźmi. Facebook tutaj pomógł, bo od razu powiedzieli, że największym fachowcem w Polsce od rotundy św. Wojciecha jest prof. Syruć.
Skontaktowałem się, dostałem oryginalne rysunki jego interpretacji, jak wyglądała taka rotunda. Dostałem też plany archeologiczne, bo to są tylko i wyłącznie pozostałości archeologiczne. I teraz nastąpiła replika. Niech sobie pan wyobrazi, jest to piętnaście ciężarówek kamienia polodowcowego, granitu, ściągniętego z rejonu Małopolski, i ta rotunda powstała.
Co więcej, moja analiza była poprzedzona wizjami lokalnymi. Pojechałem do Cieszyna, pojechałem do Czech, bo jeżeli rotundy były budowane to na podstawie już istniejącej architektury preromańskiej, która była na terenie Czech, bo z Czech przez Morawy przyszedł do nas ten chrzest Polski.
W związku z tym cofnąłem się o tysiąc lat i zrobiłem rekonstrukcję, którą dzisiaj ten profesor się posługuje, bo mnie pytał. Ja mu dałem możliwość posługiwania się moimi interpretacjami architektonicznymi. No i wybudowaliśmy to, rotunda św. Wojciecha istnieje. Jest piękna, ale niestety stoi na terenie prywatnym.
Mural to inicjatywa społeczna. Większa część jego wartości jest darem artysty. Pozostałe koszty tego wielkiego przedsięwzięcia są możliwe do pokrycia dzięki sponsorom. Datki cegiełki można wpłacać na jubileuszowe konto rady rodziców 82 9477 0001 0010 3828 2000 0040 (w tytule przelewu wpisując: darowizna na cele statutowe szkoły). Oficjalne odsłonięcie zostało zaplanowane na 28 czerwca.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze