Reklama

Zakończył jedną z większych przygód życia

Michał Zapłacki z Dębicy 29 marca wyruszył w jedną z największych przygód swojego życia. Kajakiem wystartował z Sanoka i po 26 dniach dotarł do Bałtyku.

Łącznie przez niespełna miesiąc pokonał 1261 km. Zaczynał na Sanie, którym dopłynął do Wisły. Z niej Notecią i Wartą dopłynął do Odry, która doprowadziła go już do celu. Wydaje się proste? Jak wynika z codziennych relacji Michała Zapłackiego, które publikował na Facebooku taki spływ, to nie są rurki z kremem. A niejednokrotnie kapryśna pogoda to tylko jedna z przeciwności, z którymi musiał się mierzyć.

Ukradli mu pieniądze

Już trzeciego dnia nie wiadomo było, czy spływ będzie można w ogóle kontynuować. Michał Zapłacki dotarł do progu w Przemyślu. I tu - jak podkreśla - zaczęła się przygoda.

Reklama

- W czasie pokonywania przepławki do kajaka zaczęła wlewać się woda. Linka na której go prowadziłem w pewnym momencie pękła. W głowie tysiące myśli na sekundę. Co robić? Widzę jak trzy torby, które nie były przypięte wpadają do wody. Biegnę w dół rzeki, może uda mi się złapać kajak gdzieś na płyciźnie - opisywał wydarzenia tamtego dnia.

Po drodze minął kilku chłopaków łapiących ryby. To oni powiedzieli Zapłackiemu, że kawałek dalej jest płycizna. Dębiczanin pobiegł do wskazanego miejsca, rozebrał się i wszedł do wody.

Reklama

- Po chwili ulga mam kajak i większość sprzętu. Widziałem, że na wędki chłopcy wyłowili też mojej torby. Wyciągam rzeczy na brzeg i patrzę czego brakuje. Po chwili płynę w górę rzeki po wyłowione torby. Jedynej nie ma, płynę kawałek dalej - utknęła na skale - opisuje Michał Zapłacki.

Jak się potem okazało młodzi wędkarze, którzy wyłowili jego torby ukradli z plecaka saszetkę z pieniędzmi, które miał na opłaty za przepływanie przez śluzy. W kolejnych dniach, choć bywało różnie aż takich przygód nie było. Najbardziej we znaki dawała się pogoda. Jednego dnia płynęło się lekko i przyjemnie, by kolejnego toczyć walkę z wiatrem wiejącym od czoła.

Reklama

Szóstego dnia wyprawy dopłynął do progu w Stalowej Woli. Tym razem obyło się bez takich atrakcji, jak w Przemyślu, a Michał Zapłacki mógł ruszyć dalej - w jak to określił - momentami nudną drogę. Aż w końcu dotarł do królowej polskich rzek - Wisły. Kolejnego ranka odkrył niewielką nieszczelność w swoim kajaku, ale tę postanowił naprawić wieczorem. Tak też zrobił.

W Warszawie czekał znajomy z noclegiem

Ósmego dnia wyprawy wystartował o godz. 7. Początkowo dzień zapowiadał się wyśmienicie, jednak z każdą chwilą sytuacja się zmieniała. Minął Kazimierz Dolny oraz Puławy. Za tym drugim miastem zaczęło bardzo mocno wiać.

Reklama

- Co chwilę walczyłem z wiatrem i z coraz większymi falami. Robiło się momentami niebezpieczne. Najważniejsze było utrzymać kajak prostopadle do fal. Błąd mógł skończyć się obróceniem i wywrotką. Na szczęście udało się tego uniknąć. Jednak każde kolejne spotkanie z falami coraz bardziej wyczerpywało siły. Kilometrów przybywało pozwoli i po kilku godzinach walki dotarłem do Dęblina. Tutaj kolega Dariusz Majchrzak zorganizował mi nocleg w domu kultury. Stokrotnie dzięki. Mając dach nad głową przystąpiłem do ogarnięcia bagaży. Dziś przepłynięte 54 kilometry - pisał Michał Zapłacki na Facebooku.

Dziewiątego dnia nadal mocno wiało, a na rzece była wysoka fala, która dwukrotnie wepchnęła kajak Zapłackiego na mielizny. Dużo wysiłku kosztowało go ich opuszczenie. Tego dnia udało się mu pokonać największą przeszkodę tego etapu, czyli próg elektrowni w Kozienicach.

Reklama

- Panowie z obsługi pomogli mi przenieść kajak. Przepłynąłem jeszcze kawałek, ale czułem, że brakuje mi sił. Po 16 ukończyłem spływ - opisuje Michał Zapłacki.

W poniedziałek 7 kwietnia ruszył dalej. Dostał informację, że musi dopłynąć do Warszawy, gdyż czeka tam na niego znajomy Leszek Tokarski z noclegiem. Decyzja mogła być tylko jedna - płynie na maksa, a do pokonania miał blisko 70 kilometrów. Dlatego też wystartował wcześnie, bo o godz. 6.

- Kolejna noc przy minusowej temperaturze nie bardzo mi pasowała. Po całym dniu praktycznie nieustającej walki z wiatrem udało się ostatkiem sił dopłynąć. Zajęło mi to 11 godzin. Przepłynąłem 67 kilometrów - czytamy na Facebooku.

Reklama

Po minięciu Warszawy zaczął się bardzo dziki oraz bezludny odcinek. Płynęło się mu na zmianę szybko i przyjemnie, gdy nie wiało oraz mniej fajnie, gdy znów dawał o sobie znać wiatr. Spływ zakończył wpływając na około 800 metrów w rzekę Narew. Kolejny dzień przyniósł miłą odmianę, bo była bezwietrzna pogoda, a woda jak lustro. Mimo wszystko spływ zakończył wcześnie, bo ok. godz. 13. Noc zapowiadała się deszczowa, a on chciał tego uniknąć. Zatrzymał się na przystani Januszew, gdzie pomimo remontu został bardzo miło przyjęty, a noc spędził w bardziej cywilizowanych warunkach.

Reklama

W końcu przyszedł trzynasty dzień wyprawy, w trakcie którego mógł zobaczyć m.in. bieliki. Niestety żadnemu nie udało się zrobić zdjęcia. Pogoda pierwotnie sprzyjająca zaczęła się zmieniać. Znów pojawił się wiatr, ale mimo tego udało się pokonać kolejne 47 km. Następnego dnia nie było już tak lekko. 

Do Włocławka dojechał busem

- Po całkiem nieźle przespanej pobudka była o 5. Pogoda nie zachęcała do wypłynięcia. Wiatr wiał już od rana, a prognozy wskazywały, że będzie on tylko silniejszy. Powodował on na zalewie, który jest stosunkowo płytki bardzo duże fale. Na tyle duże, że mogło dojść do przewrócenia kajaka. Natomiast płynięcie przy samym brzegu powodowało, że co chwilę lądowałem w trzcinach. Po dwóch godzinach ciężkiej walki podjąłem decyzję o przetrwaniu rejsu. Skierowałem się do będącej w pobliżu przystani i wyładowałem wszystko na ląd - opisuje.

Reklama

W tych warunkach dalszy spływ nie był możliwy. Postanowił poszukać możliwości transportu drogowego do Włocławka.

- Telefony do znajomych dawały nadzieję na takowy, lecz dopiero wieczorem. Nie mogłem tyle czekać. A na dodatek zaczęło padać. Udało się znaleźć busa u jednego z okolicznych mieszkańców, który zgodził się przetransportować mnie do przystani we Włocławku. Na miejscu uzyskałem pomoc od bosmana. Kajak oraz większości bagażu została schowana do hangaru. Natomiast ja udałem się do pobliskiego hotelu.
Korzystając z nieplanowanej przerwy czas wykorzystałem na zakupy oraz zwiedzanie tego ciekawego miasta na Kujawach - pisze Michał Zapłacki.

Reklama

Tego dnia udało się mu przepłynąć zaledwie 7 km, a ominięty przez niego odcinek wynosił ok. 35 km. Piętnastego dnia wyprawy nie wydarzyło się w zasadzie nic. Michałowi Zapłackiemu płynęło się przyjemnie, gdyż bez wiatru. Następnego dnia miał już towarzysza wyprawy.

- Dołączył do mnie Kuba. Wypłynęliśmy o godzinie siódmej. Pogoda była idealna więc znowu płynęło się fantastycznie, kilometry uciekały same. Było inaczej, gdyż teraz miałem towarzysza po kilkunastu dniach samotności. Żegnałem Wisłę. W pamięci na długo zostanie to, jak bardzo dała mi w kość. Udał się dość szybko dotrzeć do Bydgoszczy, więc była pewna nadzieja, że uda się też skorzystać ze śluzy. Niestety nie była czynna, więc czekała nas dość kłopotliwa przenoska. Na szczęście pomogli nam w tym miejscowi kajakarze. Po kilku chwilach już płynęliśmy Brdą - opisuje Zapłacki.

Reklama

Towarzystwo miał aż do dwudziestego dnia wyprawy, kiedy musiał pożegnać się ze swoim kolegą. W dalszą drogę ponownie ruszył sam.

- Minąłem ujście rzeki Drawy i skierowałem się do portu w Drezdenku. Po rozmowie z zarządcą udało mi się uzyskać zgodę na rozbicie namiotu, do dyspozycji miałem też łazienkę. Tak więc na bogato - cieszył się dębiczanin.

W piątek 18 kwietnia pożegnał Noteć i wpłynął na Wartę, która przywitała go wiatrem. Choć nie był on tak silny jak jeszcze kilka dni wcześniej na Wiśle. A już następnego dnia rozpoczął ostatni etap swojej podróży - wpłynął na Odrę. Później już tylko Szcześcin, Świnoujście i morze Bałtyckie, gdzie dębiczanin zakończył swoją przygodę.

- Dziś rano już nie spieszyłem się. Miałem do pokonania tylko siedem kilometrów. Chciałem się nimi delektować. Na nabrzeżu czekał na mnie tata, który przyjechał po mnie samochodem. Gdy minąłem główki falochronu krzyczałem jak wariat. Wielka radość i wielka satysfakcja, że po wielu dniach, czasem wielkiego wysiłku, udało się dotrzeć do mety. Nie wiem jak opisać te wszystkie myśli i emocje, które towarzyszyły mi w tym momencie - opisywał ostatni dzień wyprawy.

W tej przygodzie pomogło Michałowi Zapłackiemu wiele osób. Pierwszy raz podczas swojego spływu miał też sponsora, czyli firmę Pex Deffence Polska. Udało się go pozyskać dzięki wsparciu Pawła Miłosza z Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 w Dębicy.

Czytaj także: Słotwina - piękny rezerwat na spacer nie tylko świąteczny

 

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 24/04/2025 12:19
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama