"Zasada trójki” mówi, że można przeżyć 3 tygodnie bez jedzenia, 3 dni bez wody i 3 minuty bez tlenu. Są to oczywiście liczby przybliżone i dotyczące zwykłych śmiertelników. Jeśli chodzi na przykład o bezdech, to światowy rekord w tej dziedzinie został ustanowiony w 2009 r. przez Stéphanea Mifsuda i wynosił 11 minut i 35 sekund. Potem wynik ten został pobity w 2012 r. przez Toma Sietasa, ale był on „podkręcony”, bowiem rekordzista oddychał wcześniej przez dłuższy czas czystym tlenem (1).
Normalny człowiek, wcześniej nie trenujący, jest w stanie przeżyć bez tlenu właśnie owe trzy minuty. Później dochodzi u niego do nieodwracalnych zmian w mózgu, związanych z niedotlenieniem.
Co się dzieje jeśli dostarczamy organizmowi zbyt mało tlenu? Grozi nam hipoksja. Mamy z nią do czynienia nie wtedy, kiedy odetniemy się od tlenu od razu, ale wówczas, kiedy przez dłuższy czas dostarczamy organizmowi niewystarczającą ilość pierwiastka życia. Początkowymi objawami hipoksji mogą być bóle i zawroty głowy, duszność, osłabienie, senność, zaburzenie widzenia, przyspieszenie oddechu i tętna oraz podwyższenie ciśnienia tętniczego. Kiedy zaś wystąpi zwiększone stężenie dwutlenku węgla we krwi, może mieć to dużo poważniejsze konsekwencje(2).
Ale również i nadmiar tlenu prowadzi do niebezpiecznego nadciśnienia i innych problemów zdrowotnych(3).
Ilość tlenu w ziemskim powietrzu utrzymuje się wciąż na tym samym, zadziwiającym poziomie. Wynosi on 20,95 % objętości wszystkich atmosferycznych gazów. Za mała jego ilość na planecie mogłaby spowodować powszechną hipoksję, zbyt duża - hiperoksję i wybuchy pożarów. Czyli, trywializując, jeśli było by go zbyt mało udusilibyśmy się, jeśli zbyt dużo - usmażyli. Żeby ten stan równowagi się utrzymał, musi istnieć mechanizm, który zmusza rośliny do większej czy mniejszej produkcji tlenu. Ale choć roślin wciąż ubywa, a populacja ludzka nieustannie rośnie, produkując w epoce postępu technicznego, duże ilości CO2, to procentowy udział pierwiastka życia w atmosferze i tak pozostaje niezmienny. Dlaczego? Ponieważ ma w tym swój udział również proces topnienia lodowców. Podczas ich roztapiania się, do oceanów uwolnione zostają substancje odżywcze, które są pokarmem dla okrzemek. To one produkują 50% tlenu, obecnego na Ziemi. Gdy okrzemki mają pod dostatkiem pokarmu, ich ilość codziennie podwaja się, więc im szybciej proces topnienia następuje, tym więcej okrzemek przybywa. Jednak nie grozi nam hiperoksja. Podwyższona ilość tlenu powoduje,( na przykład ) pożary, których dymy odcinają ziemię od światła słonecznego, ochładzając klimat i redukując ilość okrzemek. Te zaś umierając, opadną na dno mórz i oceanów, jak morski śnieg, tworząc warstwę po warstwie. To się już działo w historii Ziemi, a okrzemkowy dywan ma obecnie grubość 800 metrów. W końcu dno, gdzie żerowały okrzemki, w niektórych miejscach wypiętrza się na tyle, że powstaje tam słona pustynia. Taka sama, jak ta afrykańska, z której pył dociera do Amazonii. A ten pył, który ją użyźnia, są to właśnie szczątki obumarłych okrzemek. Proces bio-odnowy ruszy na nowo z kopyta.
Wszystko więc - jak widać - wzajemnie łączy się i uzupełnia, stanowiąc niezwykły, żywy mechanizm, którego istotą - jak wnioskuję - jest m.in. stały poziom tlenu niezbędny do funkcjonowania ludzi, oraz zwierząt.
Gdyby ktoś sądził, że to nasze organizmy, w ramach ewolucji dostosowały się do takiego składu powietrza, to powinien umieć odpowiedzieć również na to, dlaczego od 50 mln lat udział tlenu w atmosferze trwa nieustannie przy owych 21 procentach(4).
Wszystko to, co napisałem, jest doskonale znane naukowcom. Jednak zasadnicze pytanie, jakie zadają sobie oni w związku z tą wiedzą brzmi: jak spowolnić proces emisji gazów i dwutlenku węgla, aby nie nastąpiły nieodwracalne zmiany klimatyczne na Ziemi? Zero pytania o tlen - jakby jego stała ilość była oczywistością. Może i jest. Ale skoro tak - jeśli istnieje naturalny i Pangenialny(5) mechanizm regulacji - po co w niego ingerować? Moim zdaniem podstawowe pytanie powinno brzmieć - w jaki sposób powstał mechanizm, który chroni człowieka i zwierzęta? Odpowiadając sobie na nie, odpowiemy też, czy jest sens przejmować się tymi negatywnymi procesami, które według ekologistów mają ponoć zagrażać Ziemi. Ja w każdym razie nie potrafię dać ani jednego przykładu, gdzie coś wymyślonego przez człowieka, byłoby lepsze od naturalnego. (Koniec dygresji.)
Skoro więc wiadomo, że do życia potrzebne jest nam powietrze zawierające około 21% tlenu, i że planeta pracuje usilnie, aby nam taką właśnie jego dawkę dostarczyć, pomyślmy o samym oddychaniu. Czy robimy to dobrze? Można się ironicznie uśmiechnąć na tak postawione pytanie. Jak można robić źle coś, co robi się automatycznie?! Jak można "skopać" rzecz, która jest dosłownie pierwszą czynnością jaką człowiek wykonuje zaraz po urodzeniu. A jednak może. Ja, złapałem się na tym, że oddycham bardzo płytko, co niestety nadrabiam częstotliwością. Jakbym się zdyszał, albo nieustannie czegoś bał. Kiedy zgłębiłem temat, okazało się, że oddycham źle, przez co jestem zwykle zmęczony, często brakuje mi słów, mam problemy z analizą danych, emocjami, koncentracją, itp. Często będąc w stresie mam nawet odczucie, że w ogóle nie mogę głęboko nabrać powietrza.
Okazuje się, że człowiek rodzi się z umiejętnością prawidłowego oddychania, ale później różnego rodzaju traumy życiowe, oraz stres, powodują, że zostaje ona przytłumiona i wypacza się. Tymczasem nasze ciało, gdy nie zagraża mu niebezpieczeństwo, powinno oddychać głęboko i spokojnie. Jeśli ktoś – podobnie jak ja - tak nie oddycha, to jeśli tylko chce, może szybko sobie przypomnieć tę wrodzoną umiejętność.
Jak powinno się poprawnie oddychać? Przeponą. Jest to „oddychanie brzuszne”. Tak właśnie oddychają dzieci. Zaledwie kilka minut takiego oddychania pozwala na odzyskanie spokoju, zwiększenie koncentracji, czy opanowanie stresu, lub jeśli się jest w stanie zgnuśnienia – na wewnętrzną mobilizację. Jest nawet ćwiczenie, które pozwala szybko sobie przypomnieć, jak powinno się oddychać. Najpierw jednak trzeba przyjrzeć się swemu codziennemu oddechowi. Chwilę śledzić czy powietrze wypełnia (i jak wypełnia) piersi czy brzuch. Prześledzić jego drogę w głąb ciała i potem na zewnątrz. Gdy zauważymy, że ta obserwacja staje się na tyle nudna dla naszego umysłu, że zaczyna on szukać innych myślowych atrakcji, trzeba – uświadomiwszy sobie to - trzeba spokojnie włączyć go w proces świadomego oddychania. W tym celu należy zacząć od „wykonywania wdechów nosem, a wydechów ustami. (...) Jest to, jedyny sposób na przefiltrowanie bakterii i potencjalnych wirusów, które w przeciwnym razie trafią do naszego organizmu(6)”. Na początku trzeba też wziąć nieco głębszy oddech niż zwykle, a następnie pozwolić powietrzu chwilę spokojnie wnikać w ciało. Następnie zrobić wydech. „Powinien trwać mniej więcej 3 razy dłużej niż wdech”(7). W literaturze przyjmuje się, że powinno się układ tego rodzaju wdechów i wydechów wykonać przynajmniej 21 razy(8). Podczas tego ćwiczenia, od czasu do czasu nasz umysł popada w stan rozproszenia. Kiedy go na tym przyłapiemy, stwierdzamy po prostu ten fakt i powracamy z powrotem do oddechu: „wdech”, „wydech”. Cały czas staramy się nie odbiegać myślami od tego procesu. Obserwujemy. Strumień powietrza wchodzi przez nos. Podążamy za nim myślami, koncentrując się dowolnym odcinku jego drogi. Może to być nos, albo brzuch, albo ta część ciała która sygnalizuje nam, że się – na przykład - rozluźniła, albo odwrotnie - wskazuje na napięcie. Można zmieniać obserwację kolejnych części ciała podczas tych wdechów i wydechów.
Gdy wykonujemy to ćwiczenie może opanować nas ziewanie, albo mamy ogromną ochotę się przeciągnąć. To bardzo dobrze. Należy zaufać ciału i poddać się mu, nie przerywając procesu, które samoczynnie zainicjowało, aż samo powie:„dosyć". Ono najlepiej wie, czego nam potrzeba. Najlepiej obserwować dokładnie co dzieje się wówczas w ciele, które partie płuc wypełniają się powietrzem, jakie części ciała rozciągają się. Nie należy przerywać tego naturalnego procesu. Niech trwa on jak najdłużej.
Dzielę się z tym z Wami, bo odkryłem, jak ważna jest umiejętność prawidłowego oddychania. Nawet biorąc tylko na logikę - jest to przecież rzecz fundamentalna, bo na niej opiera się nasze życie. Uświadomiłem też sobie, że w miarę jak obserwuję swój oddech i włączam w proces oddychania swoją świadomość - lepiej panuję nad sobą i potrafię lepiej się odnaleźć w kryzysowej sytuacji. Czuję, że moje ciało działa bardziej harmonijnie. Bardziej też akceptuję siebie. I nie tylko to. Przychodzą mi też do głowy lepsze rozwiązania i pomysły. Coraz częściej zastanawiam się na przykład nad tym, czy maseczki, które każą nam nosić nie osłabiają – redukując ilość koniecznego nam tlenu i wzmagając niepokój – układu odpornościowego. Układu, który od setek tysięcy lat uczy się i kreuje na nowo. Tak samo zresztą jak i cały Pangenialny świat w którym żyjemy.
(1) https://zdrowie.tvn.pl/a/ile-mozna-zyc-bez-tlenu-wody-czy-jedzenia
(2) https://www.doz.pl/czytelnia/a15863-Hipoksja_niedotlenienie_organizmu__przyczyny_objawy_leczenie_i_rodzaje_niedotlenienia Ten artykuł wymienia wiele różnego rodzaju problemów spowodowanych hipoksją. Są to m,in splątanie, zaburzenie świadomości, a nawet śpiączka. W dłuższym okresie czasu może dojść do nadciśnienia płucnego, niewydolności serca, nadmiernej produkcji krwinek czerwonych czy rozwoju chorób nowotworowych, zaburzeń pamięci, oraz osobowości. Także układ krwionośny i nerki są bardzo wrażliwe na brak tlenu. Nie wymieniam ich w tekście głównym z uwagi na to, że obecnie bardzo modne stało się epatowanie chorobami. Straszenie powikłaniami zdrowotnymi stało się już tak obrzydliwe, że unikam go, gdzie tylko mogę. Stres obniża odporność organizmu, jest więc pierwszą rzeczą jaką w dobie tzw. ”pandemii” należałoby zaprzestać. Chyba, że tak naprawdę nie zależy nam na jej wyeliminowaniu, tylko na nasileniu.
(3) Wzrasta np. ryzyko kwasicy oraz wzrost szkodliwych wolnych rodników. https://www.akserwis.pl/blog/17-nadmiar-lub-niedobor-tlenu-sprawdz-zagrozenia
(4) https://www.wiz.pl/srodowisko/2104059,1,ognisty-glob.read
(5) Pangenialny – wpadłem na to słowo, bo nie chciałem używać słowa „kongenialny”, jako moim zdaniem dotyczące ludzi. Okazuje się jednak, że słowo to rzeczywiście istnieje w języku chińskim i o dziwo ma takie znaczenie jakie chciałem my nadać, Oznacza mianowicie: „Pan genialny”:).
(6) https://www.walmark.pl/magazyn/oddech-to-zycie-%E2%80%93-ale-czy-potrafimy-wlasciwie-oddy
(7) https://www.medicover.pl/o-zdrowiu/stres-a-oddychanie-jak-prawidlowo-oddychac-aby-poradzic-sobie-ze-stresem,7072,n,192 W artykule tym znajdziemy różne ćwiczenia, które urozmaicą oddychanie.
(8) Ibidem. Powyższe ćwiczenia są podzielone na przykład na siedem rodzajów, podczas których wykonujemy po 3 głębokie wdechy i wydechy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Bardzo dobry tekst. I z jasnym przesłaniem. Gratuluję. :-)
Widzę, że są tacy, którym dech zaparło ;-) Mnie nie. Oddycham przeponą, gdy trzeba i przytrzymuję oddech w piersiach, gdy trzeba. A czasem trzeba, Panie Romanie. Gdyby chirurg oddychał cały czas przeponą, to jego łzy lałyby się do otwartej rany pacjenta ;-) Czasem trzeba przytrzymać oddech, żeby odciąć się od uczuć, sprężyć do wykonania zadania (choćby podniesienia czegoś ciężkiego). Faktem jest jednak, że broniąc się przed uczuciami, przed przypływem smutku, żalu, a czasem tylko błogiego spokoju, oduczamy się oddychać przeponą. Zmotywowani, spięci, gotowi, przyczajeni, z tarczą w postaci napiętej klatki piersiowej, z zaciśniętą pięścią czujemy się bezpieczniej. Uzbrojeni czujemy się bezpieczniej. Może dlatego taki wzrost zainteresowania wojaczką wśród młodych. Może dlatego znowu tęsknota za mundurem. Może stąd autorytetem staje się ktoś z silną ręką: jakiś dyktator, jakiś dzierżymorda, który zwalnia nas z myślenia, odczuwania, z dokonywania samodzielnych wyborów. Z takim panem nad nami oddychanie przeponą jest ryzykowne, bo albo się rozkleimy, osłabnie w nas motywacja do działania albo wraz z przypływem uczuć przyjdzie głębsza refleksja, zmysły się wyostrzą i, nie daj Boże, zasieje się w nas ziarno nieufności do pryncypała. W Pana oddychaniu przeponą jest więc nadzieja, Panie Romanie ;-) Gorzej z tym płaskim, jednowymiarowym, opartym na łańcuchu przyczynowo-skutkowym, widzeniu naszego świata i procesów, które na nim zachodzą. A procesy te są dynamiczne, wielopłaszczyznowe, dokonujące się w nieustannym współoddziaływaniu na siebie mnóstwa różnych czynników w czasie i przestrzeni, w nieustannej dynamice. Nie da się tego narysować na płaskiej kartce: tle i tyle tlenu, tyle i tyle dwutlenku węgla. Nie trzeba teorii o okrzemkach, żeby zobaczyć gołym okiem zmiany klimatyczne i dostrzec nasz cywilizacyjny wpływ na te zmiany. Naszego nieposkromionego chciejstwa, powszechnego gadżeciarstwa, naszej potrzeby posiadania, nieustannego porównywania się z innymi itp. Więcej, szybciej, lepiej, łatwiej, przyjemniej i bez konsekwencji. Taki nasz bóg codzienny, przy którym ten niedzielny blednie i niewiele może. Tu nie chodzi o ilość tlenu do oddychania tylko, ale o wszystko inne, co za tym idzie: wzrost temperatury, zakwaszenie wód, ilość glonów w wodach, o wyjałowienie ziemi, o wylesienia, o wszelki konsumpcyjny i bezmyślny rabunek, o tony plastiku (bo tak łatwiej), o robienie z planety, a coraz częściej kosmosu, wielkiego śmietnika, po którym coraz śmielej będzie hulał wiatr. Chodzi o susze, powodzie, tornada, o wszechobecne trucizny. O smog w Dębicy chodzi też. Miłego, głębokiego oddychania przeponą, Panie Romanie.
Napisała Pani: " Gorzej z tym płaskim, jednowymiarowym, opartym na łańcuchu przyczynowo-skutkowym, widzeniu naszego świata i procesów, które na nim zachodzą. A procesy te są dynamiczne, wielopłaszczyznowe, dokonujące się w nieustannym współoddziaływaniu na siebie mnóstwa różnych czynników w czasie i przestrzeni, w nieustannej dynamice." Zgadzam się. Ale jako maleńkie osoby, krople we wszechświecie, nie jesteśmy ich w stanie objąć. Mamy możliwość objąć rozumem tak mało. Ja piszę co dostrzegam, co wydaje mi się, że jestem w stanie pojąć, ale nie będę z Panią polemizował. Nasze umysły funkcjonują w zupełnie innej rzeczywistości. Pani widzi maleńkiego "niedzielnego boga" który niewiele może. Ja zauważam potężnego Boga i Stwórcę wszystkiego. Wszechmocnego Pana który jest w każdym miejscu i w każdym czasie. Podobnie: pycha, chciwość, lenistwo, nieczystość, zazdrość, gniew, nieumiarkowanie to nie są dla mnie "bogowie codzienni". Tym - moim zdaniem - się Pani Ewo różnimy. Pani wierzy w naukę, którą tworzy człowiek. Ja wierzę w Boga. To jest - jak sądzę - podstawowa różnica w optyce naszego widzenia. Pani ironia nie jest konieczna. Pani nie przekona mnie, ja Panią. Widzimy inaczej, widzimy co innego. Mentalnie funkcjonujemy w różnych światach. Pozdrawiam serdecznie
Panie Romanie, Ela jestem, nie Ewa. A teraz do rzeczy. Nie zrozumiał Pan mojej metafory boga niedzielnego, pisanego małą literą. To nie było moje wyznanie niewiary. I cała misterna charakterystyka nas obojga oparta na dychotomii straciła sens. Nie jestem też bezkrytyczną wyznawczynią nauki. Mam wobec niej dość sceptycyzmu, żeby dostrzegać także jej słabości i pomyłki. Ten Który Jest w Każdym Miejscu i Czasie jest także w niej, w nauce. Jest też Drogą, bo czas i miejsce ją wyznaczają. Jest drogą każdego z nas. Jedni idą, tratując wszystko, inni potykają się i wstają, jeszcze inni zmierzają szybciutko do celu, prawie bez tchu i bez śladu po sobie, byle szybciej do Tego, którego mijali codziennie z klapkami na oczach. Są i tacy, którym się nigdzie nie spieszy i każde ziarenko piasku, każdy korzonek i każda kałużę na tej drodze oglądają po stokroć. Jeszcze inni ustępują z drogi każdemu, kto wydaje im się silniejszy albo dają się miotać wiatrowi. Można spotkać takich, co usiedli na poboczu i upierają się, że dalej nie pójdą albo tacy, którzy idą i rozdają same uśmiechy. I wszyscy są dziećmi tego samego Boga, bo jest we wszystkich i wszędzie. Właśnie dlatego Jest Który Jest. Coś takiego określam technicznie, że jest barwione w masie. I dlatego wierzę, że jesteśmy boskością barwieni w masie, przeniknięci nią i z nią zespoleni. I nie tylko my, ludzie, ale całe stworzenie, ożywione i nieożywione. A skoro tak, to szanujmy w sobie nawzajem, a przede wszystkim w sobie, tę jedności. Miejmy jej dogłębna świadomość. W swoim świątecznym tekście cytowałam Jana Turnaua: "A Pan Bóg wcale nie każe nam zgłupieć/święcie spluwać na rozum, naukę/Bóg wprost uwielbia porządne myślenie/potępia androny i pobożną szmirę" - to jest moja część według Pana. I dalej Turnau pisze: "...ale zarazem pokorniutko prosi: miejcie wy do mnie trochę zaufania (...) bo wiara w Boga to na tym polega że się dopuszcza iż jest ktoś mądrzejszy" I to jest ta część, która jest bliska Panu. Tak Pan uważa. Ale ja widzę całość, Panie Romanie. Ta druga część jest także moja. Jeśli jest różnica to taka, że Pan ma zaufanie do jego ostatecznych wyroków i czeka na nie, a ja wierzę, że codziennie dokonuję wyborów, które na te wyroki mają wpływ. I o samych wyrokach myślę podobnie, jak o Bogu, że się dokonują wszędzie i na każdym miejscu, a ostateczność, to tylko nasze osobiste podsumowanie. I nie jest to wybór, czy pójdę do kościoła czy nie, lecz wybór: zawinę w papier czy folię, napalę węglem czy gazem, powiem sąsiadowi "wolnoć Tomku w moim domku" i spale stertę opon, czy nie, wytnę drzewa i wybetonuję podwórko, czy będę ratować każe drzewo i zasieję łąkę, nafaszeruję żywność truciznami, byle lepiej się sprzedała, czy zadam sobie trud ekologicznej produkcji, uściskam się z gejem serdecznie, czy przeżegnam na jego widok, przyjmę pod dach uchodźcę z muzułmańskiego kraju, czy ze strachu, że jego Bóg pokona mojego, pozwolę mu zamarznąć w lesie lub utonąć w bagnach. I to te wybory nas, ludzi, różnią.
Bardzo dobry tekst. I z jasnym przesłaniem. Gratuluję. :-)
Kolejny mądre przemyślenia
Widzę, że są tacy, którym dech zaparło ;-) Mnie nie. Oddycham przeponą, gdy trzeba i przytrzymuję oddech w piersiach, gdy trzeba. A czasem trzeba, Panie Romanie. Gdyby chirurg oddychał cały czas przeponą, to jego łzy lałyby się do otwartej rany pacjenta ;-) Czasem trzeba przytrzymać oddech, żeby odciąć się od uczuć, sprężyć do wykonania zadania (choćby podniesienia czegoś ciężkiego). Faktem jest jednak, że broniąc się przed uczuciami, przed przypływem smutku, żalu, a czasem tylko błogiego spokoju, oduczamy się oddychać przeponą. Zmotywowani, spięci, gotowi, przyczajeni, z tarczą w postaci napiętej klatki piersiowej, z zaciśniętą pięścią czujemy się bezpieczniej. Uzbrojeni czujemy się bezpieczniej. Może dlatego taki wzrost zainteresowania wojaczką wśród młodych. Może dlatego znowu tęsknota za mundurem. Może stąd autorytetem staje się ktoś z silną ręką: jakiś dyktator, jakiś dzierżymorda, który zwalnia nas z myślenia, odczuwania, z dokonywania samodzielnych wyborów. Z takim panem nad nami oddychanie przeponą jest ryzykowne, bo albo się rozkleimy, osłabnie w nas motywacja do działania albo wraz z przypływem uczuć przyjdzie głębsza refleksja, zmysły się wyostrzą i, nie daj Boże, zasieje się w nas ziarno nieufności do pryncypała. W Pana oddychaniu przeponą jest więc nadzieja, Panie Romanie ;-) Gorzej z tym płaskim, jednowymiarowym, opartym na łańcuchu przyczynowo-skutkowym, widzeniu naszego świata i procesów, które na nim zachodzą. A procesy te są dynamiczne, wielopłaszczyznowe, dokonujące się w nieustannym współoddziaływaniu na siebie mnóstwa różnych czynników w czasie i przestrzeni, w nieustannej dynamice. Nie da się tego narysować na płaskiej kartce: tle i tyle tlenu, tyle i tyle dwutlenku węgla. Nie trzeba teorii o okrzemkach, żeby zobaczyć gołym okiem zmiany klimatyczne i dostrzec nasz cywilizacyjny wpływ na te zmiany. Naszego nieposkromionego chciejstwa, powszechnego gadżeciarstwa, naszej potrzeby posiadania, nieustannego porównywania się z innymi itp. Więcej, szybciej, lepiej, łatwiej, przyjemniej i bez konsekwencji. Taki nasz bóg codzienny, przy którym ten niedzielny blednie i niewiele może. Tu nie chodzi o ilość tlenu do oddychania tylko, ale o wszystko inne, co za tym idzie: wzrost temperatury, zakwaszenie wód, ilość glonów w wodach, o wyjałowienie ziemi, o wylesienia, o wszelki konsumpcyjny i bezmyślny rabunek, o tony plastiku (bo tak łatwiej), o robienie z planety, a coraz częściej kosmosu, wielkiego śmietnika, po którym coraz śmielej będzie hulał wiatr. Chodzi o susze, powodzie, tornada, o wszechobecne trucizny. O smog w Dębicy chodzi też. Miłego, głębokiego oddychania przeponą, Panie Romanie.