Reklama

Ludzie nie reagowali, kiedy on umierał

Przejażdżka motocyklem mogła skończyć się tragicznie.

W czwartek 18 sierpnia mieszkający w Dębicy Marcin Kisiel wsiadł na motocykl i ruszył do rodziców mieszkających w Dobryninie. Na ul. Świętosława, tuż przy remizie OSP, w trakcie jazdy użądlił go szerszeń. Mężczyzna uczulony jest na jad os, pszczół i właśnie tych dużych owadów. W takiej sytuacji należy podać natychmiast adrenalinę. Ale tej Marcin Kisiel nie miał przy sobie. Zatrzymał się i zadzwonił do żony.
- Powiedziałem, że zostałem użądlony i wracam do domu - mówi.
Dojechał do ulicy Kosynierów Racławickich, tam jego stan był już zły. Zdążył jeszcze się zatrzymać i zejść z motocykla. Potem upadł na chodnik. Chwycił za telefon, ale nie był w stanie praktycznie niczego zrobić. Na szczęście w pobliżu znalazł się Robert Tuszyński, również mieszkaniec Dębicy.
- Lubię ruch, lubię sport i od czasu do czasu biegam. Wtedy właśnie wyszedłem pobiegać - opisuje.
Kiedy wracał do domu zobaczył z daleka, że na chodniku jakiś człowiek próbuje wstawać, po czym ponownie upada. Pierwsza myśl - pijany.
- Ale zastanowił mnie zaparkowany obok motocykl. I telefon w jego ręce - wyjaśnia mężczyzna.
Obok Marcina Kisiela przechodzili też inni ludzie. Jak mówi Robert Tuszyński, nie zatrzymał się nikt. Przechodnie zaczęli się interesować dopiero wtedy, kiedy on zareagował.
- Co ciekawe o to, czy pomóc, pytali tylko ludzie młodzi. Starsi przechodzili, patrzyli i tyle - dodaje mężczyzna.

- Pamiętam jeszcze, że wybełkotałem coś do tego człowieka, który do mnie podszedł i tyle. Straciłem przytomność, odzyskałem ją w karetce - mówi z kolei Marcin Kisiel.
Robert Tuszyński wezwał pogotowie, poinformował też żonę Marcina Kisiela o tym, co się stało. 
W przypadku osób, które mają uczulenie na jad pszczół, os, czy szerszeni, po użądleniu dochodzi do wstrząsu anafilaktycznego. Spada ciśnienie krwi, a jeśli nie zostanie podana adrenalina, spada ono do zera, a człowiek umiera. Dlatego w tym przypadku każda minuta się liczy.
- W siedem minut od połączenia z żoną byłem już nieprzytomny - mówi Marcin Kisiel.
Ze szpitala wyszedł następnego dnia. Od razu rozpoczął poszukiwania osoby, która uratowała jego życie. I ten fakt w ocenie Marcina Kisiela nie podlega dyskusji. Mężczyzna chciał podziękować. Zamieścił ogłoszenie w internecie. Po tygodniu odezwał się do niego Robert Tuszyński.
- Żona pokazała mi to ogłoszenie i mówi, że to chyba o mnie chodzi - mówi.
Zadzwonił i umówił się na spotkanie z Marcinem Kisielem, do którego doszło 26 sierpnia.
- Jestem mu bardzo wdzięczny, że się zatrzymał i wysłuchał mojego bełkotu. I nie zignorował go - mówi Marcin Kisiel.
Robert Tuszyński zapewnia, że dla niego decyzja, którą podjął była naturalna. Czy czuje się bohaterem?.
- To, co zrobiłem, to nic wielkiego - odpowiada.

Czytaj także: Wędrówkę zakończą pieczeniem ziemniaków

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Ulana - niezalogowany 2022-09-13 20:49:16

    Szacunek dla Pana Tuszyńskiego !

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    OSA - niezalogowany 2022-09-15 18:07:55

    Brawo Panie Robercie. Sama ma takie uczulenie i wiem że jest taki krytyczny moment że już sama nic nie mogę zrobić jak zapomnę adrenaliny. Pana pomoc była na wagę czyjegoś życia.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama