Reklama

Była taka wigilia. Smutne wojenne święta

Boże Narodzenie ostatniego roku wojny zastało Dębicę niemal pustą. W pobliżu od kilku miesięcy stał front, ludność cywilną wysiedlono do miejscowości odległych od linii działań wojennych. Świadkowie tamtych wydarzeń wspominają smutne święta i wigilię bez opłatka, spędzaną w obcych domach.

Zima 1944 roku była łagodna. Jakby natura chciała oszczędzić zgryzot ludziom umęczonym wojenną poniewierką. Kilka kilometrów od Dębicy stanął front. Po jednej stronie rzeki Ostra stacjonowali Rosjanie, po drugiej swoich pozycji bronili Niemcy. I chociaż formalnie miasto było już wyzwolone, wojna trwała nadal.

 

Z dala od domu

Emilia Małozięć w 1944 roku miała 27 lat. Tej zimy miało przyjść na świat jej pierwsze dziecko. Kiedy Rosjanie wysiedlali cywilów z Dębicy i wiosek położonych na linii frontu, była już w zaawansowanej ciąży. Na poszukiwanie miejsca, w którym mogliby przeczekać ostatnie miesiące wojennej zawieruchy wyruszyli całą rodziną: rodzice Emilii, jej mąż Stanisław, siostra Marysia z mężem Janem, 8-letnim Edziem i 5-letnia Danusią, bracia Stefan i Alojzy oraz dwoje parobków – w sumie 12 osób.

Reklama

– Wzięliśmy z domu, co tylko się dało. Mama napiekła wielkich bochnów chleba, na wóz załadowaliśmy cenniejszy dobytek. Każdy dźwigał swój tłumoczek, nawet mała Danusia niosła dziecięcy bagaż – wspomina Alojzy Malinowski.

 

Nawet opłatka nie było

Boże Narodzenie zastało ich w Pustkowie, gdzie mieszkali w niewykończonym drewnianym domu, należącym do gospodarza o nazwisku Kielur, który przygarnął wysiedleńców. Skromne wyposażenie ich lokum stanowiły piętrowe prycze, piec i lampa naftowa.

– Ciężki to był czas. Brakowało wszystkiego. O jedzenie trzeba się było starać, żeby było co do garnka włożyć i nakarmić całą dwunastkę. Nawet opłatka nie mieliśmy. Oj smutne były te święta, smutne – pani Emilia nie może powstrzymać łez.

Reklama

Wigilia. Na stół trafiło to, co akurat mieli w domu, o dwunastu potrawach nie było co marzyć. Rodzinie musiała wystarczyć kapusta, barszcz i ziemniaki.

 – Inni mieli jaszcze gorzej, nawet kartofli nie było, kto miał więcej dzielił się z drugim. Ludzie sobie pomagali – mówi pan Alojzy.

Siostra potwierdza jego słowa.

– Mąż mój pracował na kolei, przed świętami dostał kartki na chleb i trochę cukru. W stodole u tego samego gospodarza mieszkała jeszcze jedna rodzina, dzieliliśmy się z nimi w miarę możliwości. Była między ludźmi solidarność – zapewnia.

Reklama

 

Z lasu do Sędziszowa

Atmosferę tamtego Bożego Narodzenia doskonale pamięta także Marian Goetz, żołnierz Armii Krajowej. Razem z innymi członkami partyzanckiego oddziału wrócił z lasu do Dębicy końcem sierpnia, kiedy w mieście byli już Rosjanie. Domu, w którym mieszkał przed wojną już nie było, w 1939 zniszczyła go bomba zrzucona z niemieckiego samolotu.

Jego bliscy znaleźli schronienie u zaprzyjaźnionej rodziny.

– Wysiedlili nas stamtąd jesienią. Trafiliśmy do Sędziszowa: ja, moja mama i młodszy brat – Janek. Starszy – Stefan był w hitlerowskim obozie, uwięziony za działalność konspiracyjną. Miałem wtedy 19 lat – opowiada Marian Goetz.

Reklama

 

Choinka od leśniczego

Do wigilijnego stołu zasiedli razem z ciotką, panią Gawrysiową i jej dwoma synami.

– Biednie było, ale pamiętam, że jedliśmy barszcz z uszkami. Choinkę przyniósł leśniczy, pan Markiewicz. Potem poszliśmy do kościoła na pasterkę. I w Boże Narodzenie też byliśmy na mszy. Ale te święta nie były radosne, ludzie byli przygnębieni i zmęczeni wojną, nędzą i strachem – mówi pan Marian.

Jego rodzina wróciła do domu dopiero po styczniowej ofensywie Rosjan. Po wojnie nie od razu życie zmieniło się na lepsze, ale kolejne Boże Narodzenie Polacy obchodzili w nowej rzeczywistości.

Reklama

Agnieszka Majba

Tekst ukazał się w Obserwatorze Lokalnym nr 52(125) z dnia 28 grudnia 2002 roku

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 24/12/2025 09:26
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama