Reklama

I co z tego, że nie urośnie?

Kiedy w czerwcu ubiegłego roku odeszła nasza Dżu, wiedzieliśmy, że przygarniemy kolejnego psa. Oczywiście azjatkę, bo kochamy tę rasę, chociaż po drodze myślałam i o owczarce kaukaskiej, i o leonbergerce. Śledziłam ogłoszenia, czekając na psa, który będzie nam pisany.
Miała być wielka jak Dżu, kudłata jak Dżu, ale - wszak trzeba czasem iść z losem na ustępstwa - niekoniecznie biała. O srebrnych znaczeniach, jakie miała nasza wspaniała sucz, nawet nie śmiałam marzyć. Wkrótce miało się okazać, że bardzo słusznie.
Snułam sobie te swoje mrzonki, coraz intensywniej szukając jakiejś bidy do uratowania. Także, a właściwie przede wszystkim w Fundacji Duch Leona, skąd pochodzi nasz Marcyś ( też azjata). Zatem niezwykle kontenta byłam, kiedy się okazało, że Sylwia Najsztub, szefowa Ducha, ma nas na uwadze w kwestii przekazania jednej ze swoich podopiecznych. To miała być Orla.

Do fundacji trafiła w stanie gorzej niż opłakanym, to że przeżyła, należy traktować w kategorii cudu. Lata spędzone w roli inkubatora w pseudohodowli zrobiły swoje i gdyby nie Sylwii determinacja, tego psa już by nie było.
O Orli można było powiedzieć wszystko, ale nie, że jest kudłata. Właściwie była prawie łysa, cała w strupach i ranach.
- Ok - pomyślałam - jakaś sierść w końcu jej odrośnie. A nuż długa i puszysta.
I coraz pilniej zaczęłam obserwować NASZEGO psa na profilu Ducha. Film z jej pierwszego spaceru z całą Duchową ferajną wzruszył nas do łez. Ubrana w kubraczek zakrywający łyse ciało, truchtała radośnie w towarzystwie fundacyjnych wielkopsów.
Kiedy już okrzepłam w zachwycie, dotarło do mnie, że Orla nie tylko nie jest kudłata. Nie była też wielka. Wydawała się taka...trochę mniejsza. A ja przecież chciałam wielką sukę! Wyglądała jak połówka olbrzyma Teosia, jednego z filarów fundacji. I to ta mniejsza ;)
- To na pewno kwestia perspektywy – myślałam - Przecież nie ma takich małych azjatów!
Wkrótce miałam się przekonać, że i owszem - są.

Reklama

Na odbiór Orli umówiłyśmy się pod Warszawą. Podjechała Sylwia i po kilku minutach namówiła do wyjścia z auta przywiezionego dla nas pieska. PIESKA.
Z wielkiej toyoty wysiadła - z punktu widzenia kogoś, kto dzieli życie z Marcysiem - malutka psinka. Chudziutka. Po prostu mikra.
- Aha - pomyślałam.
Nie powiedziałam nic, bo z tego zachwytu całkiem oniemiałam. A nawet osłupiałam. Dopiero po chwili:
- Taka nie za wielka...- skonstatowałam przytomnie.
- Bo nie ma sierści. Zobaczysz, ona będzie DWA razy większa - ofuknęła mnie Sylwia.
- Aha, aha - pomyślałam znów i pojechałam z Orlą do domu.
I z nadzieją, że może już w drodze choć trochę urośnie
Po prawie trzech miesiącach Vesna, bo tak teraz się nazywa, nie jest dwa razy większa. Wciąż nie jest też kudłata, co więcej - nigdy nie będzie, bo to nie ten typ sierści (która, nie zapominajmy, w końcu odrośnie ;))
Jest po prostu azjatuńcią, a przy Marcysiu wygląda jak podrośnięty szczeniak. Ale przede wszystkim jest nasza. Coraz bardziej.
Za każdym razem, kiedy się uśmiecha, mi do gardła podchodzi wielka gula na myśl o tym, co musiała przejść, zanim stało się to możliwe.
Może i jest mała, ale za to wielka Duchem. I na pewno jeszcze urośnie!

Ps. Na jednym zdjęciu Vesna w dniu, kiedy trafiła do Ducha Leona. Nikt prócz Sylwii nie dawał jej szans na przeżycie. A jednak! :)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Tadeusz - niezalogowany 2022-05-19 07:39:58

    Bardzo fajnie się czyta Pani teksty, pozdrawiam!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Debica24.pl




Reklama